Powrót

Wojtek Kułak

Scenariusz oparty na przypowieści o synu marnotrawnym.

Powrót, osoby

Wojtek Kułak

OSOBY:
Ojciec
Paweł - jego starszy syn
Sebastian - syn młodszy
Mietek - właściciel baru
Rysiek - człowiek często odwiedzający ten bar

Lublin, luty 1996

Powrót, scena 1

(Scena w barze tuż przed zamknięciem. Mietek robi porządki, a przy ladzie bufetowej albo przy stoliku siedzi Rysiek)

MIETEK: Zbieraj się, Rysiek, już zamykam.
RYSIEK: Spokojnie, jeszcze chwila.
MIETEK: Spójrz, która godzina.
RYSIEK: Daj jeszcze setkę.
MIETEK: Nic więcej nie dostaniesz.
RYSIEK: Daj mi jeszcze jedną - jutro ci zapłacę.
MIETEK: Płacisz tak od dwóch tygodni. Zabieraj się.
RYSIEK: Czekaj. Wszystko bez sensu.
MIETEK: Pij dalej.
RYSIEK: A ty sprzedawaj. Bez sensu.
MIETEK: Pracujesz gdzieś teraz?
RYSIEK: Nie chcę gadać na ten temat.
MIETEK: Mogę ci dać zarobić kilka groszy.
RYSIEK: Nie, daj spokój. No, daj mi tę setkę.
MIETEK: Spadaj już, no, raz...
RYSIEK: Ale kumpel. Udław się tym swoim barem. Dorobkiewicz… Spadam… Otwarte coś jeszcze o tej porze?
MIETEK: Dzieci, żona na głowie, a ty nadal jak kawaler.
RYSIEK: Wczoraj Paulinka zaczęła raczkować…
MIETEK: I idziesz to jeszcze uczcić, co? Przestań się łajdaczyć, idź do domu!
RYSIEK: Zaczekaj. Jeszcze trochę. Już niedługo.

Powrót, scena 2

Wojtek Kułak

(wchodzi Paweł)
MIETEK: Stop. Już zamykam.
PAWEŁ: Zaraz wychodzę.
RYSIEK: O, kogo my tu o tej porze widzimy. Ojczulek dał wolne?
PAWEŁ: Daj coś mocniejszego.
MIETEK: Niczego nie dostaniesz, zamykam.
RYSIEK: Ho, ho! Nawet pozwolił się napić, o... to jakiś postęp.
PAWEŁ: Zadowolony?
RYSIEK: Ja, a cóż mnie biedakowi do wyższych sfer.
MIETEK: Wyjazd i to już, obaj.
RYSIEK: Nieładnie jest wyrzucać klientów.
MIETEK: No, dobra. Daję po piwie i jazda. Z samego rana muszę jechać po towar.
RYSIEK: Towar nie zając, nie ucieknie.
MIETEK: Dobrze, dobrze. Raz dwa pijecie i się zmywacie. Na dzisiaj już wystarczy. (telefon) Słucham. Tak ... jest. Zaraz proszę. Paweł, do ciebie.
PAWEŁ: Kto dzwoni?
MIETEK: Ojciec.
PAWEŁ: Nie ma mnie.
MIETEK: Powiedziałem, że jesteś.
PAWEŁ: Powiedz, że przed chwilą gdzieś wyszedłem.
MIETEK: Przepraszam, ale właśnie wyszedł. Bardzo mi przykro. Paweł, on nalega.
PAWEŁ: (podchodzi do telefonu) Tak. Nie, to zbyteczne. To naprawdę zbyteczne. Nie. Tak, nieodwołalnie. Czy powiedziałem mało wyraźnie? Mam powtórzyć? Nie. Nie. Nie. (rzuca słuchawkę)
MIETEK: Co się stało?
PAWEŁ: Nic takiego.
RYSIEK: Sprzeczka ze starym? Tego jeszcze w tym kinie nie grali. A to numer. U ..., o,o...
PAWEŁ: Zamknij się.
MIETEK: Spokojnie, panowie. (do Pawła) Co ci jest?
PAWEŁ: Wrócił Sebastian.
MIETEK: Sebastian?
PAWEŁ: Sebastian! Co tak wytrzeszczasz ślipia.
RYSIEK: Ludzie, sensacja, sensacja! Babkom ulicznym tematy się kończyły, a tu proszę, hop i jest kolejny, i to jeszcze jaki.
MIETEK: Nie było go chyba ze trzy lata, nie?
PAWEŁ: Prawie.
RYSIEK: Czyli pojawił się konkurent do podziału rodzinnego mająteczku.
MIETEK: Przestań.
PAWEŁ: Jeszcze jedno takie słowo i rozwalę ci łeb, ty nigdy nie trzeźwiejąca gorzelnio.
RYSIEK: Wypraszam sobie takie epitety, dobrze. Panicz.
PAWEŁ: Zabierz go, bo naprawdę zrobię mu coś złego.
MIETEK: Uspokójcie się obaj. Paweł, co u licha rzeczywiście się stało?
PAWEŁ: Wrócił Sebastian, już powiedziałem.
MIETEK: I to jest powód? Chyba na to czekaliście, nie?
RYSIEK: Czekał ojczulek, ale czy nasz Pawełek?
MIETEK: Stul pysk.
PAWEŁ: A, niech gada, bo przecież nie jest normalne, żeby facet, który odszedł z domu, zabrał swoją część forsy i wypiął się do wszystkich, miał odwagę powrócić w podartych gaciach i bez jakiejkolwiek kasy.
RYSIEK: Nie macie pieniędzy na utrzymanie jeszcze jednej osoby, może wam pożyczyć? (wypija do końca piwo)
MIETEK: Przestań.
RYSIEK: A dasz jeszcze jedno piwo?
MIETEK: Dosyć.
PAWEŁ: Daj mu.
MIETEK: Przecież on jest już uwalony dokumentnie.
PAWEŁ: Daj. Mnie też. (kończy swoje. Mietek otwiera dwie kolejne butelki)
RYSIEK: A ty chłopie harowałeś jak wół. Opłacało się?
PAWEŁ: Ojciec dał mu dzisiaj tego nowego jeepa. Umawialiśmy się wcześniej, że zaczniemy nim jeździć dopiero po sprzedaniu terenowej toyoty. Wszystko stanęło na głowie.
RYSIEK: To cię ojczulek wy..., wy... dudkał. A zdawało się, że taki porządny człowiek, przykład dla wszystkich. Okazuje się, że i porządnym jakieś głupie odskoki od normy się zdarzają. To fajne, wiesz?
MIETEK: Co zamierzasz teraz zrobić?
PAWEŁ: Odchodzę z domu.
MIETEK: Ojciec o tym wie?
PAWEŁ: Tak. Właśnie nakłaniał mnie do powrotu.
MIETEK: Masz gdzie się zatrzymać?
PAWEŁ: No właśnie ...
MIETEK: Na razie możesz u mnie. Na poddaszu jest jeden wolny pokój.
PAWEŁ: Wiecie, ile on puścił forsy i to do czorta nie wiadomo na co. Przecież to nie było kilka tysięcy. (pukanie do drzwi)
MIETEK: Kto to może być o tej porze?
RYSIEK: Zamknięte.
MIETEK: To twój ojciec.
PAWEŁ: Nie otwieraj. (pukanie)
MIETEK: Może jednak otworzę?
RYSIEK: I po co, do czego on nam potrzebny? (pukanie)
MIETEK: Mam nie otwierać?
PAWEŁ: Nie. (pukanie)
MIETEK: Proszę pana, niech pan odejdzie.
PAWEŁ: Co powiedział?
MIETEK: Powiedział, że musi się z tobą spotkać.
PAWEŁ: Powiedz, że to niemożliwe, ja nie chcę się z nim spotykać.
MIETEK: Powiedz mu to sam.
RYSIEK: Ja mu to powiem. Panie, idź pan stąd, bo nikt z panem nie ma zamiaru gadać, rozumiesz pan. Chyba zrozumiał. (pukanie)
MIETEK: Otworzę.
PAWEŁ: Nie będzie żadnego otwierania. (cisza i pukanie)
RYSIEK: Skończy on z tym pukaniem, czy nie, bo ja zaraz otworzę, ale jak otworzę, to już nikt tych drzwi nie zamknie.
MIETEK: Rysiek, spokojnie. (pukanie)
RYSIEK: A, otwieraj.
PAWEŁ: Siadaj. On przyszedł do mnie i ja zdecyduję, czy drzwi zostaną otwarte, czy nie. (pukanie)
RYSIEK: Nie, ja tego stukania już dłużej nie wytrzymam. Otwieraj.
PAWEŁ: Nie radzę. Ja nie zniosę jego wzroku, rozumiecie. Nie chcę słuchać tej słodziutkiej gadki. Wiem, jaka będzie. Nie chcę.
MIETEK: Przestań histeryzować. (wstaje, aby otworzyć)
PAWEŁ: Powiedziałem siadaj. Siedzieć obaj. (pukanie) Ja nie chcę patrzyć, jak on będzie grał rolę dobrodusznego ojczulka.
MIETEK: Nie przesadzaj.
RYSIEK: Otwieram (wstaje)
PAWEŁ: (chwyta krzesło) Siadaj, radzę ci, siadaj.
MIETEK: Ja otworzę. (wstaje)
PAWEŁ: Nie odpowiadam za swoje czyny. (Mietek siada. Pukanie. Paweł szybko podchodzi, otwiera drzwi i natychmiast od nich odchodzi)

Powrót, scena 3

Wojtek Kułak

OJCIEC: Dobry wieczór. Przepraszam, że zakłócam wieczór, ale chciałbym zamienić kilka słów z moim synem. Paweł, czy mógłbym z tobą porozmawiać na osobności?
PAWEŁ: To moi przyjaciele. Nie mam przed nimi żadnych tajemnic.
MIETEK: Może my jednak wyjdziemy?
PAWEŁ: Nie, zostańcie. Chciałbym, abyście byli świadkami. (do ojca) Słucham.
OJCIEC: Przyjechałem, aby zabrać cię do domu.
PAWEŁ: Do czyjego domu?
OJCIEC: Jak to do czyjego? Do twojego, mojego, do naszego.
PAWEŁ: Do jakiego naszego? Do waszego domu, chciałeś powiedzieć.
OJCIEC: Nie rozumiem ciebie, synu.
PAWEŁ: Daj spokój z tym synem. Jestem pewny, że ten jeden, na którego tak długo czekałeś, w zupełności ci wystarczy. Nie będziesz musiał się rozdzielać.
OJCIEC: Nie sądzę, aby to było właściwe miejsce na tego typu tematy.
PAWEŁ: A ja sądzę, że aż nadto.
OJCIEC: Wróćmy do domu.
PAWEŁ: Powiedziałem wyraźnie: odchodzę z domu i będę dochodził swoich praw w sądzie. Czy to do ciebie jeszcze nie dotarło?
OJCIEC: Ach tak.
PAWEŁ: Jak mogłeś w taki sposób potraktować tego włóczęgę? Kiedy ja pracowałem, harowałem, traciłem zdrowie, aby firma miała jak największe zyski, ten w tym czasie... roztrwonił wszystko. Na co? Baby, hazard, na co jeszcze. Wrócił goły. A ty? Witaj – mówisz – martwiliśmy się o ciebie. Ja się nie martwiłem. Więc przynajmniej mów tylko za siebie.
OJCIEC: A jak, według ciebie, miałem z nim postąpić? Miałem mu powiedzieć “nie znam cię” i odprawić spod drzwi? Przecież to mój syn, taki sam jak ty.
PAWEŁ: Gdybym ja był na jego miejscu, wywaliłbyś mnie na bruk.
OJCIEC: Nie masz racji, zupełnie nie masz racji. Postąpiłbym tak samo. Jedźmy do domu.
PAWEŁ: Przestań z tym domem. Co to za dom, skoro mieszkają w nim panowie i niewolnicy. Gdybym wrócił, podzieliłbyś wszystkich na kasty, przydzielił każdej z nich prawa, obowiązki i nie pozwolił wychylić się poza nie. To ma być według ciebie dom?
OJCIEC: Nie masz racji. Ale porozmawiajmy o tym w domu. Nasze wzajemne uzgodnienia pozostają nadal aktualne, nic się nie zmieniło.
PAWEŁ: Tak? Czy nie uzgadnialiśmy, że jeepa będziemy używali po sprzedaniu toyoty? Wyszło to od ciebie.
OJCIEC: (z uśmiechem) A więc o to ci chodzi.
PAWEŁ: Nie, nie o to. Teraz nie będę ci wszystkiego wyliczał. Wystąpię do sądu i to nie będą żarty.
OJCIEC: Ale nie ma potrzeby. W każdej chwili jestem gotów dać ci to, czego potrzebujesz.
PAWEŁ: Teraz to już ta twoja gotowość nie ma najmniejszego znaczenia. Nie chcę żadnej litości. Wszystko musi być rozdzielone sprawiedliwie.
OJCIEC: Do tego przecież zmierzam.
PAWEŁ: Jeżeli oba rozwiązania są sprawiedliwe, to jeden z nas ma wypaczone rozumienie tego pojęcia.
OJCIEC: Dlaczego nie chcesz mnie zrozumieć?
PAWEŁ: Ależ ja doskonale ciebie rozumiem.
OJCIEC: Nie, Paweł. Ty nawet nie starasz się mnie zrozumieć.
PAWEŁ: Ty zaś rozumiesz mnie świetnie, prawda?
OJCIEC: Tak mi się przynajmniej wydaje.
PAWEŁ: A więc tak ci się tylko wydaje.
OJCIEC: Daj spokój. W domu pierzmy brudy.
PAWEŁ: Tak, jak zwykle tylko ty jeden masz rację. Skończmy te rozważania, będzie na nie czas w sądzie.
OJCIEC: Ale po co sąd?
RYSIEK: A co, niech się ludzie dowiedzą kilka ciekawostek z życia rodziny Zagórskich. Nie daj się, Paweł. A ile byś pan mógł dać teraz, tu, na miejscu, co?
OJCIEC: Nie pańska sprawa.
MIETEK: Rysiek, nie wtrącaj się.
RYSIEK: Co mam się nie wtrącać. Dawaj pan kasę należną Pawłowi i kwita.
MIETEK: Rysiek!
RYSIEK: No co ...
MIETEK: Niech pan na niego nie zwraca uwagi. Trochę podpił i mówi od rzeczy.
OJCIEC: Paweł, jedźmy do domu.
PAWEŁ: Przestań z tym domem. Nie chcę was widzieć. Nie chcę was znać. Mam was dosyć... waszej obłudy, waszej ... spotkamy się w sądzie...
OJCIEC: Ale ja ci wszystko dam bez sądu.
PAWEŁ: Bardzo mi przykro, ale ja mam taki kaprys. Wreszcie kiedyś musisz poznać gorycz porażki. Nie można być cały czas słodkim ojczulkiem. Boję się tylko, abyś się tą żółcią nie udławił, wiesz? Ale nie, ty jesteś odporny. Pozbawię cię wszystkich pieniędzy. Obiecuję ci to. Ciekawe, czy i wtedy zaprosisz mnie do domu? Nie sądzę. Teraz już jedź, bo może za niedługo nie będziesz miał nawet na bilet autobusowy. Jedź.
RYSIEK: No, panie Zagórski, odpływ.
OJCIEC: Jutro przepiszę na ciebie twoją część.
PAWEŁ: Za późno.
MIETEK: Niech pan idzie, tak będzie lepiej.
OJCIEC: Jeśli mogę jeszcze o cokolwiek prosić, to aby panowie byli tak dobrzy i zostawili nas samych. Chciałbym zamienić kilka słów z synem - na osobności.
PAWEŁ: Ja naprawdę nie mam już nic do dodania.
RYSIEK: Jakaś tajemnica? My dwaj to betka. Jutro wszystkie gazety będą o panu pisać. Nie masz co się czaić, wal.
MIETEK: Rysiek, chodź, wypijemy drinka obok. Oni muszą ze sobą porozmawiać. (wyprowadza Ryśka. Pozostają Ojciec i Paweł)
RYSIEK: Za drinka dziękuję, skorzystam. (wychodząc) Paweł, bądź ostrożny. Jestem z tobą.

Powrót, scena 4

Wojtek Kułak

(cisza)
OJCIEC: Kto zacznie?
PAWEŁ: Bez różnicy.
OJCIEC: Chcesz ty?
PAWEŁ: Nie muszę.
OJCIEC: Mam zacząć ja?
PAWEŁ: Tak, ty, ale szybko.
OJCIEC: Postawiłeś mnie w trudnej sytuacji. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem w takim położeniu. Chciałbym, abyś wiedział, że bardzo boję się tej rozmowy. Bałem się jej już w domu. W czasie jazdy zaczęła mi drżeć noga na gazie. Musiałem się zatrzymać, przejść się kawałek. Myślałem...
PAWEŁ: Czy wreszcie zaczniesz?
OJCIEC: Kiedy właściwie nie wiem od czego. Nie wiem, jak mam do ciebie mówić, czy jako do syna, czy jako do mężczyzny, który ...
PAWEŁ: Oszczędź sobie tych rozrzewniających słów. Na ten lep mnie nie chwycisz. Niemniej miło mi jest usłyszeć, że wreszcie dostrzegłeś we mnie mężczyznę. To się nazywa przemiana, wiesz? Przecież ja byłem zawsze dla ciebie trzydziestoletnim dzieciakiem.
OJCIEC: Nie masz racji.
PAWEŁ: Nie mogę wyjść z podziwu. To jest rewelacyjne, to jest sukces. Zobaczyłeś we mnie mężczyznę. Jestem mile zaskoczony, naprawdę.
OJCIEC: Paweł.
PAWEŁ: Co, Paweł. Ja ze swojego stanowiska nie ustąpię. Już postanowiłem. Wiem, że jesteś już stary, ale ponoć wychowujemy się do końca życia, dlatego i tobie taka lekcja wychowania się przyda.
OJCIEC: Jesteś okrutny.
PAWEŁ: A może sprawiedliwy.
OJCIEC: Nie, okrutny, okrutny.
PAWEŁ: Boisz się sądu?
OJCIEC: Ja naprawdę jestem gotów dać ci to, czego żądasz.
PAWEŁ: Ale ja cały czas myślę o sądzie. Możemy się jedynie zastanowić nad jego formą.
OJCIEC: Myślisz o tym poważnie?
PAWEŁ: Słucham?
OJCIEC: Czy ty o tym sądzie myślisz poważnie?
PAWEŁ: Przepraszam, ale nie dosłyszałem?
OJCIEC: No, czy ty o tym całym sądzie myślisz ...
PAWEŁ: Tak, poważnie. Jednak boisz się?
OJCIEC: Brak mi słów. Nigdy nie przypuszczałem, że właśnie po to przyjdzie mi żyć sześćdziesiąt lat.
PAWEŁ: Jeśli się dogadamy, to może unikniesz publicznej porażki. Wiesz co, mam propozycję: zróbmy sąd tutaj, w tej sali. Ja będę poszkodowanym i oskarżycielem, a ty oskarżonym i obrońcą; moi koledzy ławnikami i sędziami. Oni orzekną czy jesteś winny, czy nie.
OJCIEC: Chcesz mnie upokorzyć. Taki sąd to parodia. Mam się poddawać osądowi jakiegoś kelnera i pijaka? Jak ty mnie traktujesz, Paweł? Co ja ci zrobiłem? Czy naprawdę ...
PAWEŁ: Stop. Przedstawiłem tylko propozycję. Wcale nie musisz jej przyjmować. Równie dobrze możemy się spotkać w prawdziwym sądzie. Będą flesze aparatów, a może i kamery telewizji. Jestem w stanie nadać temu właściwy rozgłos. Uwierz mi.
OJCIEC: Przecież ty nie masz żadnych podstaw, aby wystąpić przeciwko mnie do sądu.
PAWEŁ: Czy wobec tego chcesz się o tym przekonać?
OJCIEC: Słuchaj, mam swoje lata. Niejedno już przeszedłem. Przeżyję i to upokorzenie, nie będzie ono zresztą pierwsze. Szkoda mi jednak ciebie.
PAWEŁ: Chyba zapomniałeś, kto jest tutaj oskarżycielem?
OJCIEC: Przestań, żal mi cię. Zaczynaj ten swój sąd.
PAWEŁ: Tutaj i teraz. (Ojciec potakuje głową) Ale musisz podpisać oświadczenie, że podporządkujesz się całkowicie jego wyrokowi.
OJCIEC: Zgadzam się na wszystko. Zaczynaj.

Powrót, scena 5

Wojtek Kułak

PAWEŁ: Możecie wejść. Otóż ... zaproponowałem temu panu rozprawę sądową tutaj na tej sali. On wystąpi w roli oskarżonego i obrońcy, ja poszkodowanego i oskarżyciela, wy zaś przejmujecie pozostałe funkcje.
MIETEK: Chyba żartujesz?
PAWEŁ: Mietek, wy z Ryśkiem jesteście sędziami, ławnikami, woźnymi, świadkami i tymi wszystkimi, którzy są w sądzie, pojąłeś?
MIETEK: Ale po co ta maskarada?
PAWEŁ: To nie będzie żadna maskarada. To będzie prawdziwa rozprawa sądowa. Na tej sali ma zapaść prawomocny wyrok. Rysiek, a ty rozumiesz?
RYSIEK: Oczywiście, naturalnie.
PAWEŁ: Przestań chlać, zaczynamy.
MIETEK: Kto zaczyna?
PAWEŁ: Wy. Przecież wy jesteście sędziami. Zajmijcie swoje miejsca - tu na tym podwyższeniu. Za tym stolikiem usiądę ja jako oskarżyciel, natomiast miejsce na środku zajmie oskarżony. (w tym czasie wszystkich ustawia) Zaczynajcie.
RYSIEK: A więc ja rozpocznę. Szanowni państwo. Drodzy panowie. Panie też? Nie pań nie ma. A więc witam serdecznych panów na rozprawie sądowej wniesionej do sądu przez pana Pawła przeciwko jego staremu .... , to znaczy ojcu. Jak imię?
PAWEŁ: Stanisław.
RYSIEK: A co, sam mówić nie potrafi? Więc..., otóż..., chciałbym... Mietek, powiedz coś.
MIETEK: Ale co? Ja nigdy w sądzie na czymś takim nie byłem.
RYSIEK: Ale filmy to chyba oglądałeś, nie?
MIETEK: To zupełnie co innego.
PAWEŁ: Zbierzcie się do kupy!
OJCIEC: Może panom pomóc?
RYSIEK: Nie bądź pan taki mądry. Mietek, zaczynaj.
MIETEK: Skoro strony zgodziły się na tego typu rozprawę ... nie, ja nie chcę brać w tym udziału.
PAWEŁ: Mietek, zrób to dla mnie.
MIETEK: Ale przecież ty oszalałeś. Jak można w ten sposób postępować ze swoim ojcem?
RYSIEK: Przestań się mazać.
PAWEŁ: Rysiek kontynuuj.
RYSIEK: Oddaję głos oskarżycielowi, dobrze robię?
PAWEŁ: Tak, dobrze. Dziękuję. Czy oskarżony zechciałby wyrazić swój stosunek do Sebastiana?
OJCIEC: Nie widzę potrzeby. Jest on wszystkim doskonale znany.
PAWEŁ: Nawet, jeśli jest on wszystkim znany, to należy o nim powiedzieć. Takie są zasady.
OJCIEC: Na tej sali mówisz o zasadach?
RYSIEK: Proszę odpowiadać na postawione pytania, tak to się chyba mówi, co?
PAWEŁ: Doskonale.
OJCIEC: Nie odpowiem na to pytanie.
PAWEŁ: Trudno, postawimy inne.
OJCIEC: Zaczekaj, odpowiem ci tak: taki sam, jak do ciebie.
PAWEŁ: Prywatnie - nie wierzę. Kolejne pytanie: z urodzin którego syna oskarżony cieszył się bardziej?
OJCIEC: Zastanów się, o co pytasz. W przyszłości odpowiesz sobie sam, a na razie przypomnę ci, że to ty jesteś moim starszym synem; ty byłeś pierwszym oczekiwanym.
PAWEŁ: Tak, to skąd ta nagła odmiana? Dlaczego faworyzowałeś Sebastiana?
OJCIEC: Przecież ty sam nie wierzysz w to, co mówisz. Nie wiem tylko, czy już na stałe to sobie wmówiłeś, czy też jesteś jeszcze na etapie wmawiania. Obawiam się, że jeśli jeszcze kilka razy powtórzysz te bzdury, to rzeczywiście w nie uwierzysz, a wtedy będzie to wielkie nieszczęście i dla mnie, i dla ciebie. Głupotą jest palić między sobą mosty. Ich odbudowanie będzie wymagało od nas obu ogromnej pokory. Być może trudno będzie się któremuś z nas na nią zdobyć. Nie chciałbym moralizować, ale nie ma nic gorszego, jak nienawiść i zawiść.
PAWEŁ: Dlaczego o wszystko oskarżasz mnie? Przecież nie czynię tego z jakichś tam, nie wiadomo jakich względów. W brutalny sposób wykorzystywałeś mnie i musisz to przed tymi ludźmi oświadczyć. Nie interesuje mnie, dlaczego tak postępowałeś. Pozostaje fakt: wykorzystywałeś mnie, robiłem u ciebie za murzyna. Powiedz było tak, czy nie?
OJCIEC: Tak nie było, a jeśli w ten sposób siebie traktowałeś, jest mi niezmiernie przykro.
PAWEŁ: Zatem powiedz o moim wynagrodzeniu za pracę w twojej firmie.
OJCIEC: Przecież miałeś dostęp do wszystkiego, zresztą ty sam ustalałeś stawki pracownicze.
PAWEŁ: A czy zastanowiłeś się kiedyś nad moją pensją, nad jej wysokością? Chciałbym wysokiemu sądowi oświadczyć: nie otrzymałem ani jednej pensji.
OJCIEC: Zależało to przecież tylko i wyłącznie od ciebie.
PAWEŁ: Proszę, aby panowie byli łaskawi uwzględnić tę wypowiedź. Przez ile lat nie była wypłacana moja pensja?
OJCIEC: Ty wiesz o tym najlepiej.
PAWEŁ: Przez sześć lat. Chciałbym, aby nazwać po imieniu sześcioletni okres pracy bez wynagrodzenia. Jest to niewolnictwo. Nie ma na to innych określeń. Można to jeszcze podciągnąć pod przestępstwa podatkowe. To nie jest głupia myśl.
OJCIEC: Do czego zmierzasz?
PAWEŁ: Cały czas zmierzam do tego, aby odebrać ci cały majątek.
OJCIEC: Widząc twoją bezradność, oddaję ci go w całości.
PAWEŁ: Już ci powiedziałem: teraz za późno. Czy w trakcie pobytu Sebastiana poza domem utrzymywałeś z nim kontakt.
OJCIEC: Zapytaj o to jego samego, masz okazję - wystarczy zadzwonić.
PAWEŁ: Na to też będzie pora. Utrzymywałeś kontakt?
OJCIEC: Bezpośredni?
PAWEŁ: Jakikolwiek.
OJCIEC: Bezpośredniego kontaktu nie utrzymywałem, pośredni tak.
PAWEŁ: Na czym polegał ów kontakt?
OJCIEC: Jako ojciec chciałem wiedzieć, co dzieje się z moim synem.
PAWEŁ: Ale przecież on opuścił dom i właściwie się ciebie wyparł. Naturalną rzeczą byłoby, gdybyś o nim zapomniał.
OJCIEC: Szczerze ci życzę, abyś jak najszybciej został ojcem. Wtedy na takie pytania sam sobie odpowiesz. Dopóki nim nie jesteś, nie wiem, czy w ogóle mają sens jakiekolwiek moje wyjaśnienia. Ty tego po prostu nie zrozumiesz.
PAWEŁ: Przecież ja w pogoni za pieniądzem dla ciebie nawet nie miałem czasu się ożenić, a ty mi mówisz o dzieciach. Dlaczego nie uczyniłeś tego wcześniej? Lękałeś się, że ciebie opuszczę? Jak widzisz nie było takiej potrzeby. Teraz i tak do tego doszło.
OJCIEC: O co ci właściwie chodzi? Jesteś w błędzie, jeśli patrzysz na Sebastiana jak na konkurenta. Jesteś w błędzie. Nie interesuje cię zupełnie, że możemy być znowu razem. Boisz się, że uczynię Sebastiana udziałowcem? Teraz ja ci postawię pytanie.
PAWEŁ: Ja jeszcze nie skończyłem.
OJCIEC: Daj spokój z tym tonem. Gdybyś miał pięciu braci, to czy cieszyłbyś się, gdyby wszyscy chodzili w łachmanach?
PAWEŁ: On nie musiał chodzić w łachmanach.
OJCIEC: Popełnił błąd - zgoda. Ale czy przyznanie się do niego nie jest wystarczającym powodem, aby mógł powrócić do domu i mieszkać w nim jako jeden z nas? Czy to nie wystarczy? (cisza) Odpowiedz: czy to nie wystarczy?
PAWEŁ: Nie, nie wystarczy. Sam wybrał bagno, niech do niego wraca.
OJCIEC: Skończyłem. (cisza)
RYSIEK: Może by powołać kogoś na świadka. Na przykład ja bym się chętnie stawił na takiej rozprawie. Do tej pory zawsze stawałem tylko po stronie oskarżonego. Mietek, powołaj mnie na świadka. Mogę być świadkiem koronnym.
MIETEK: Daj spokój. Usiądź, siedź i wcale się nie odzywaj. To jest przejaw najwyższego ...
RYSIEK: Skoro ty nie chcesz powołać mnie na świadka, wobec tego ja powołam siebie sam. Ja Ryszard Gawlicki powołuję Ryszarda Gawlickiego na świadka w sprawie, która się toczy. Świadek zechce zająć miejsce i mówić prawdę. Tak. Będę mówił prawdę i tylko prawdę. Jestem do dyspozycji stron. Zadawajcie mi pytania.
OJCIEC: Paweł, skończ z tym sądem. To nie ma najmniejszego sensu. Ochłoń po tym wszystkim, wyśpij się i jutro porozmawiamy.
RYSIEK: Dać mu wódki.
MIETEK: Zamknij się i nie zabieraj już głosu. Czas skończyć te przebierańce. Podajcie sobie ręce.
RYSIEK: Upić oskarżonego, szybciej przyzna się do winy.
MIETEK: Paweł, ty nie słuchaj tej zalanej beki.
RYSIEK: Tylko nie beki i nie zalanej. Ja jestem najwyższym sądem. Ja, jako sędzia, mówię, że on jest winny, a ty nie zabraniaj mi mówić, bo jest wolność słowa i ja mogę mówić wszystko, co mi się rzewnie podoba. Mogę skazać, a mogę i nie skazać - to zależy.
MIETEK: On jest pijany, więc bełkocze, ale wy nie dajcie się zwieść jakimś, ja nawet nie wiem, jak to nazwać... Ludzie, kończcie to wszystko, bo ja, już dzisiaj, mam daleką drogę przed sobą, ja muszę się wyspać. Jeżeli nie możecie rozwiązać tych spraw natychmiast, to idźcie z tym na ulicę czy gdziekolwiek indziej, pod jakąś latarnię, ale dajcie mi święty spokój. Ja nie chcę mieć nic wspólnego z jakimiś powrotami, albo nie-powrotami synów do ojca. To jest tylko i wyłącznie wasza sprawa. Rozstrzygajcie to sami. Ja mam swój świat i proszę, abyście byli tak dobrzy i mi go nie burzyli.
PAWEŁ: Mietek, uspokój się.
RYSIEK: Czekaj...
MIETEK: To ty się uspokój. Dajcie mi święty spokój. Cisza, niech nikt się nie odzywa.
RYSIEK: A wyrok?
MIETEK: Zamknij mordę. Niech nikt się nie odzywa.
PAWEŁ: Jeszcze chwila.
MIETEK: Nie będzie już żadnej chwili, żadnych sądów i żadnych wyroków. Ty (do Ryśka) marsz w tym momencie do domu.
RYSIEK: Proszę mnie nie dotykać. (wyprowadza)
MIETEK: Wynoś się z mojego domu, ale to już. (do Pawła) A ty, po co tu przyszedłeś, nie miałeś innych barów? A pan niech da sobie spokój z tą dobrocią. Jeżeli nie chcecie się pogodzić, to pan niech idzie do domu, a ty do mnie na górę, ale to już.
OJCIEC: (do Pawła) To ostateczna decyzja?
PAWEŁ: (do Mietka) Gdzie jest ten pokój?
MIETEK: Zaraz cię zaprowadzę. (do Ojca) Niech pan już idzie. (wyprowadza i zamyka drzwi)

Powrót, scena 6

Wojtek Kułak

MIETEK: (do Pawła) Zrobiłeś głupio.
PAWEŁ: Wiem.
MIETEK: To ten jeep? Śmiech na sali.
PAWEŁ: Może. Miałem ochotę już teraz nim jeździć. Stoi w garażu, świeci... Postanowiliśmy sobie jednak, że dopiero…
MIETEK: Po sprzedaniu toyoty - mówiłeś.
PAWEŁ: Właśnie.
MIETEK: Męskie zabawki, męski uzależnienia.
PAWEŁ: Może i masz rację...
MIETEK: Naprawdę pójdziesz do sądu?
PAWEŁ: Teraz to już nie wiem, dokąd pójdę. (pukanie)
MIETEK: Kogo to jeszcze niesie? (Mietek podchodzi do drzwi, otwiera. Wchodzi Sebastian i podchodzi do pochylonego nad stołem Pawła)

Powrót, scena 7

Wojtek Kułak

SEBASTIAN: Niepotrzebnie wyżyłeś się na ojcu. Wracam do swego. Nic tu po mnie. Może jeszcze nie pora? Żegnaj, cześć. (idzie do drzwi i wychodzi)
MIETEK: Zrób coś!
PAWEŁ: Mówisz, żeby coś zrobić. Robię to samo - odchodzę. (wstaje, aby iść)
MIETEK: To bez sensu! Nie ruszaj się stąd! (wybiega przed bar i krzyczy) Sebastian! Sebastian!
SEBASTIAN: (zza sceny) Tak?
MIETEK: Zaczekaj chwilę, dobra? Proszę cię, nie odchodź. (wraca na scenę i do Pawła) Zabrakło ci odwagi? Przed chwilą powiedziałeś, że z ojcem zrobiłeś głupio, teraz to samo z nim. Co chcesz w ten sposób osiągnąć? Ja już takich sytuacji mam dość! Wystarczy, rozumiesz? Dość! Bierz brata i wracajcie do ojca!
PAWEŁ: Za późno.
MIETEK: Które to już twoje za późno w ostatniej godzinie?
PAWEŁ: Nieważne. Muszę być konsekwentny.
MIETEK: Sam dla siebie? A po cóż komu taka konsekwencja?
PAWEŁ: Myślisz? A ja?
MIETEK: Wiesz, co bym teraz najchętniej zrobił? Strzeliłbym cię w mordę. Tak, żeby się kilka razy okręciła, polatała dookoła i to nie tak w jednym momencie, ale tak długo, żebyś musiał na jej zatrzymanie poczekać, żeby już to czekanie ci zbrzydło… to byłaby rzeczywiście konsekwencja. Wtedy na pewno myślałbyś tylko o sobie, bo nie byłbyś w stanie myśleć o innych… A nawet nie wiem, czy byłbyś zdolny myśleć o sobie, pragnąłbyś tylko końca…
SEBASTIAN: (zagląda przez drzwi) Długo jeszcze mam czekać?
MIETEK: Wejdź. Chcę was pogodzić - może i niepotrzebnie, może wbrew wam samym, ale jednak. (do Sebastiana) Wiesz, co Paweł robił z waszym ojcem? Sądził go w moim barze. Po raz pierwszy coś takiego widziałem. Teraz mówię do was obu. Chcę was pogodzić, ponieważ żaden z was nie potrafi pierwszy zrobić kroku… Przyrzeknijcie mi tylko , że poddacie się wyrokowi…
PAWEŁ: Twojemu?
MIETEK: Nie przerywaj! Nie, nie mojemu - tej sali. Niech oni zdecydują czy idziecie każdy w swoją stronę, czy wracacie razem do ojca. Sebastian, zgoda?
SEBASTIAN: Musiałbym się zastanowić.
MIETEK: No tak… (do Pawła) A ty?
PAWEŁ: Wolałbym sam o tym zdecydować.
MIETEK: Więc tylko ja tu jestem chamem, intruzem, człowiekiem pozbawionym zasad, dyplomacji, delikatności, tak? Wy postępujecie jak najbardziej fair… Jesteście przecież z zupełnie innego świata.
PAWEŁ: Przestań, ludzie patrzą.
MIETEK: Dopiero teraz ich zauważyłeś? A wiesz, że oni siedzą tu od samego początku?
PAWEŁ: Nie będę tu z tobą rozmawiał. Jeśli chcesz, możemy wyjść na ulicę.
MIETEK: Bo tam jest noc, bo tam nikogo nie ma… co najwyżej Rysiek, który pewnie jeszcze nie dowlókł się do domu, ale on się przecież nie liczy…
SEBASTIAN: Musimy mieć czas.
MIETEK: Czas? (śmieje się) Do czego? Mało miałeś czasu przez trzy ostatnie lata? A po co wróciłeś? Po to, żeby w pierwszym dniu się poddać? Przecież nawet ze sobą nie porozmawialiście? Czy powiedziałeś mu, dlaczego wróciłeś? (do Pawła) A ty, zapytałeś o to?
PAWEŁ: Wystarczy.
MIETEK: A właśnie nie wystarczy. Ja zakończę to przedstawienie. Jeżeli nie macie odwagi tutaj podać sobie ręki, to zróbcie to na ulicy. A jeśli nadal chcecie się mądrzyć, to idźcie precz. Ale oni lepiej niech tego nie widzą, żeby potem nikt z naszego miasteczka, jeżeli uczyni podobnie, nie mówił dla swego usprawiedliwienia: przecież tak żyją Zagórscy. Róbcie, jak uważacie. Jeśli nie macie odwagi przy ludziach to… Kurtyna.