Refleksje niedzielne rok A

różni autorzy

Zebrane refleksje niedzielne publikowane na Bosko.pl.

Adwent

Dokąd idziesz? (1. adwentu)

refleksja na 1. niedzielę adwentu rok A
Przemysław Solarski sdb

Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom. - Z Listu do Rzymian

Pytanie, które ponoć Piotr uciekający z Rzymu zadał spotkanemu Jezusowi idącemu w kierunku przeciwnym – czyli słynne quo vadis?, nie było pewnie pierwszym i nie jest ostatnim z tej serii. I właśnie dziś, w pierwszą niedzielę Adwentu, kiedy przyglądam się pielgrzymce ludzi z proroctwa Izajasza czy z psalmu Dawida, zadaję sobie pytanie: Dokąd idę ja? Jaki jest cel mojej drogi? Myślę, że na początku nowego roku liturgicznego to pytanie ma szczególny wydźwięk. Wszak początek zwykle zapowiada, że będzie też koniec, czyli meta, cel. I choć może cykliczność liturgii daje iluzję kręcenia się w kółko i powracania do tych samych dróg, jednak nie dajmy się zwieść – wracamy do tych samych treści, ale w jakimś sensie nie jesteśmy tymi samymi ludźmi co przed rokiem i świat już nie ten sam, a te same słowa mogą zabrzmieć zupełnie inaczej w zmienionej rzeczywistości. Ze słowem Bożym jest jak ze znakami na drodze, niby te same, ale droga już inna, sytuacja na drodze się zmienia cały czas. Trzeba być uważnym i trzeba się ciągle trzymać wyznaczonego celu.

Celem pielgrzymki narodów, o której mówi Izajasz, jest Syjon i świątynia Boga, czyli Tego, który króluje, uczy właściwego sposobu postępowania, sądzi, wprowadza pokój. Celem pielgrzymki z pieśni Dawida jest jerozolimska świątynia, dom Boga, czyli Tego, który króluje, opiekuje się ludźmi, wprowadza pokój. Celem Kościoła, a więc i każdego chrześcijanina, jest nadejście dnia Chrystusa, czyli Tego, który króluje, naucza, sądzi, uzdrawia, zbawia i wprowadza pokój przez płynącą z krzyża krew oczyszczenia i napoju życia. Wszyscy do czegoś zmierzają, wszystko ma swój cel. Nawet noc wie, że musi ustąpić słońcu, a uczynki ciemności muszą być wymienione na zbroję światła, bo taki jest cel zbawienia, czyli obudzenia się ze snu śmierci.

Adwent znów przypomina, że nasze życie nie jest w stanie uniknąć prawa celowości. Ono też ma swój główny i ostateczny cel, a zmierzając do niego, przechodzi przez małe, szczegółowe i pośrednie cele, które stają się środkami do celu zasadniczego. To, co robimy w życiu, jest wplątane w ten cel nadrzędny, nawet jeśli w poszczególnych momentach nie uświadamiamy sobie tego i nie zawsze wykonując coś, zastanawiamy się, w jakim celu to robimy. Wszak cel ostateczny istnieje niezależnie od naszej świadomości, ale im lepiej go rozumiemy, tym sensowniej żyjemy, wiedząc po co. Przy okazji łatwiej unikamy takich decyzji, które właściwie nie wiadomo, po co podejmujemy, bo akurat „z tej mąki nie będzie chleba”.

Dla podtrzymania nadziei (2. adwentu)

refleksja na 2. niedzielę adwentu rok A
Sosna

To, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, jaką niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję. (Rz 15,4)

Z przerażeniem i trwogą rodziny górników z kopalni San Jose w Peru przyjęły wieść o katastrofie na głębokości blisko siedmiuset metrów pod ziemią. Ze współczuciem i ogromnym zainteresowaniem świat, poprzez media, śledził bieg wydarzeń. Po wielu godzinach szoku, dezorientacji, bezsilności dotarła ta najbardziej oczekiwana informacja: żyją! Długo przed wydrążeniem szybu ratunkowego ziemię z jednej i drugiej strony przewierciła nadzieja. Po 69 dniach walki o przetrwanie na powierzchnię wyszli wszyscy z 33 uwięzionych górników. Przez te długie dni nadzieję podtrzymywały rodziny, żony i dzieci, ratownicy, specjaliści, sprzęt, ludzka solidarność, modlitwa. Po raz kolejny nadzieja nie zawiodła.

A zatem, czym ona jest? Wydaje się być uzasadnionym przekonaniem w osiągnięcie, obecnie jeszcze niedostępnego lub utraconego wcześniej, dobra. Zakres tego uzasadnienia wyznacza z jednej strony potencjał i kreatywność ludzkiego rozumu, z drugiej wiara w nieograniczoną wszechmoc Boga. Jest delikatnym darem, i choć podtrzymuje w nas wiele, sama również wymaga podtrzymywania.

W prawdzie pokutuje tu i ówdzie powiedzenie, że nadzieja jest „matką głupich”. Ale chodzi może o sytuacje, gdy człowiek ma nadzieję, że będzie żył 300 bądź 400 lat. Lub że wyrosną mu skrzydła i zacznie latać niczym ptaki. Taka nadzieja może być faktycznie matką naiwnych, wręcz niemądrych.

Adwentowa liturgia oraz święte teksty karmią naszą nadzieję na przyjście Tego, który nas zbawi od grzechu – największej niewoli człowieka. Który wydobędzie nas, niczym owych górników, z dołu zagłady, z błotnego grzęzawiska (Ps 40). Uzasadnieniem naszej nadziei jest wierność Boga wobec danych obietnic. To, co zapowiedział, to wykonał. Nie dał obietnicy, z której by się wycofał, nie dotrzymał, złamał. Jego słowa nie rozminęły się z czynami. Czytając i rozważając Pisma, czytamy i rozważamy uzasadnienie naszej nadziei. Dając Biblię naszym siostrom i braciom, podtrzymamy również ich nadzieję. Jej treścią, istotą jest Jezus. Ma ona zatem twarz i imię. Taka nadzieja zawieść nie może!

 

Odwagi! (3. adwentu)

refleksja na 3. niedzielę adwentu rok A
Sosna

Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto - pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by was zbawić. (Iz 35,1-6a)

Lęk, strach jest negatywny stanem emocji związanym z przewidywaniem nadchodzącego z zewnątrz lub pochodzącego z wewnątrz niebezpieczeństwa. Objawia się jako niepokój, uczucie napięcia, skrępowania, zagrożenia. Jest jedną z podstawowych cech mających swoje źródło w instynkcie przetrwania. Naturalną reakcją człowieka na jego obecność jest ucieczka lub walka. Któż z nas nie przeżywał stanu strachu, ile razy miał on wielkie oczy? Błyskawicznie ocenialiśmy swoje możliwości oraz bezradność wobec zagrożenia. Prawie zawsze szukaliśmy wokół siebie kogoś lub czego – na pomoc!

Lęk ludzi biblijnych potęgowała obawa przed opuszczeniem ze strony Boga – siły ostatecznej wobec wszelkiego zła. Jeśli nie Bóg, to któż nas uratuje? Poczucie osamotnienia bywało subiektywnie odczuwane, zwłaszcza wobec groźby utraty państwa.

Obudź się, wyjdź mi na spotkanie i zobacz,
bo Ty, Panie, Boże Zastępów, jesteś Bogiem Izraela. Ps 59

Odrzuciłeś nas i złamałeś, Boże,
Któż mnie wprowadzi do miasta warownego?
Któż mnie doprowadzi aż do Edomu?
Czyż nie Ty, Boże, który nas odrzuciłeś
i już nie wychodzisz z naszymi wojskami? Ps 60

Dlatego przyjście Jezusa, to zapowiedź ostatecznego zwycięstwa nad złem. To uwolnienie od lęku. Uwolnienie od największego nieprzyjaciela zbawienia – diabła. Teresa z Avila zapytana, czy boi się diabła, odpowiedziała: „Jego się nie boję! Boję się ludzi, którzy się go boją”. Chrześcijanin to człowiek odważny. Tym, który dodaje nam odwagi, bo nie odstąpi od nas jest Emmanuel – Bóg z nami.

Nazwijmy zatem swoje lęki po imieniu. Zarówno te małe, codzienne, oczywiste. Poszukajmy ich prawdziwych powodów, popatrzmy w oczy naszego strachu, aby następnie oddać to wszystko Temu, który nie zna lęku, gdyż przed Nim zgina się wszelkie kolano istot niebieskich, ziemskich i podziemnych (zob. Flp 2, 10-11).

 

Mocna lekcja (3. adwentu)

refleksja na 3. niedzielę adwentu rok A
Wojtek Kułak

Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?

W państwie żadne zmiany polityczne nie zachodzą, a Mesjasz przecież miał wyzwolić Izraela, uczynić z niego wolny naród. Ten zaś, który uważa się za Mesjasza uzdrawia „jedynie” poszczególne osoby. To, co robi, rzeczywiście jest nadzwyczajne, ale wszyscy czekają na politycznego przywódcę, herosa, wyzwoliciela.

Niektórzy twierdzą, że Jan Chrzciciel także uległ takiemu myśleniu, dlatego wysyła swoich uczniów, aby dowiedzieli się od Jezusa, czy On faktycznie jest Mesjaszem. Zwątpienie? Może. Ten mocny prorok znad Jordanu, ten nawołujący z Pustyni Judzkiej mężczyzna potrzebuje potwierdzenia. Zamknięty w więzieniu, chce wiedzieć, czy ten, którego chrzcił w Jordanie, jest Synem Boga. Chrystus nie odpowiada bezpośrednio. Nie daje oczywistej odpowiedzi. Raczej zmusza Jana, aby sam na stawiane przez siebie pytania znalazł odpowiedź.

Jakże wymagającym Bogiem jest Słowo, które stało się Ciałem! Nie zwalnia człowieka z myślenia, każe poszukiwać, stawiać pytania, znajdować na nie odpowiedzi, wyciągać wnioski na podstawie tego, co widzi, w czym uczestniczy, czego doświadcza. A przecież łatwiej byłoby powiedzieć: Tak, ja jestem Mesjaszem, na którego czekaliście. A On nas „męczy”... Bo jest Nauczycielem.

 

Bóg kocha rodzinę! (4. adwentu)

refleksja na 4. niedzielę adwentu rok A
Sosna

Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. (Mt 1, 19-22)

Idealna rodzina nie jest rodziną bez problemów, gdyż to właśnie umiejętność radzenia sobie z problemami pokazuje prawdziwą wartość i jedność rodziny. Statystyki pokazują, że na sto małżeństw aż trzydzieści trzy rozwodzi się w pierwszych pięciu latach swojego pożycia. Widzimy, jak rożne grupy próbują dokonać re-definicji rodziny, osłabiając jest tradycyjny model i znaczenie, tworząc nowe, dziwne hybrydy społeczne. Polityka państwa również wydaje się być daleka od pro rodzinności. Te sytuacje każą nam szczególnie wspierać i modlić się za młode małżeństwa i rodziny.

Niejako w przededniu Bożego Narodzenia ewangelia pozwala nam zobaczyć wewnętrzne trudności, jakie przeżywał Józef – głowa Świętej Rodziny. Lęk przed odpowiedzialnością wynikający z niezrozumienia swojej sytuacji i zadania okazał się powodem to planowanego rozstania.

Tymczasem Jezus przychodzi na świat poprzez rodzinę. Uświęca ją w ten sposób i pokazuje jej wartość. Bóg pomaga rodzinie, dając siłę i natchnienie, pokazując drogi wyjścia z problemów. Bóg kocha rodzinę!

Rola głowy rodziny jest nie do zastąpienia. Mężczyzna – ojciec jest tym, który daje poczucie bezpieczeństwa swoim najbliższym. Nie tylko to ekonomiczne, materialne. Ale przede wszystkim to moralne, duchowe, emocjonalne. Jego siła moralna jest oparciem dla najbliższych i gwarancją pokoju.

Okres Bożego Narodzenia

Boże Narodzenie

2010
Wojtek Kułak

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. - Ewangelia wg. św. Jana

Pokręciły się moje drogi w ostatnim czasie – taka refleksja towarzyszy niemal każdej mojej spowiedzi. Także tej przed Bożym Narodzeniem. Szukam więc motywacji do wyprostowania tego, co pokręcone. Przychodzę następnie przed żłóbek i... okazuje się, że to takie proste. Dziecię, Jego rodzice, zwierzęta... I obok ja – z głową, która po raz kolejny stara się przekonać do prostych rozwiązań, przyjąć je jako podstawę do życia w harmonii, ładzie, spokoju – takie stabilitas.

Prostota moją siostrą, powtarzał św. Franciszek. Przyznaję mu rację bez mruknięcia okiem. Biurokracja bierze górę nad człowiekiem – nad jego intencjami, pragnieniami. Czasami nawet szczerość pokornie musi ustąpić jej miejsca. Pewnie dlatego nawet w Kościele przy okazji sakramentów tyle kartek, zaświadczeń, potwierdzeń, podpisów. Biurokracja bierze górę nad szczerością, bo tę drugą być może zaczęliśmy traktować jako „zło” konieczne.

Staję przed żłóbkiem i proszę Dziecię, aby nauczyło mnie szczerego uśmiechu i szczerego śmiechu, bo nie wyobrażam sobie chrześcijaństwa bez radości, życzliwości, ale także ofiary i poświęcenia. Czasami okazywanie radości i życzliwości wymaga poświęcenia. Ale czy ze strony Boga nie było poświęceniem wybranie chłodnej groty i całkowicie przypadkowych warunków narodzin?

Zawstydzasz mnie zatem, Panie. Ja buduję wokół siebie szańce konwencji i uzasadnionych tradycji, a Ty w każde Boże Narodzenie leżysz w żłóbku bez słowa. I tak dobitnie przemawiasz...

Wielki Post

Modlitwa, post i jałmużna (1. wielkiego postu)

refleksja na 1. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

"Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych"

Księga Rodzaju opisuje stworzenie człowieka na dwa sposoby. W pierwszym widzimy go stworzonego na obraz i podobieństwo Boga, jako ikonę Stwórcy. W drugim, jako tego, który stworzony został z prochu ziemi i który w proch się ponownie obróci. Oba te pojęcia - obraz i proch - oddają biegunowość natury ludzkiej.

Tę rozpiętość potęguje fakt, że od czasów rajskich człowiek stale stoi przed wyborem: słuchać węża czy słuchać Boga? Wybrać stworzenie czy Stwórcę?

Ponieważ człowiek jest tylko garstką prochu trzeba wybaczyć mu jego małość i popełniane występki. Ponieważ jest jednak obrazem Boga, należy oczekiwać od niego prawości i ciągłego nawracania się do swego Pierwowzoru. Popielcowy proch staje się dla nas swoistym memento.

Z kolei w greckim Kościele prawosławnym okres postu rozpoczyna się w "Czysty Poniedziałek". Wówczas to wierni całymi rodzinami wyjeżdżają na wieś, wchodzą na wzgórza i puszczają kolorowe latawce. Ta praktyka jest zachętą do kojarzenia czasu umartwienia ze świeżym powietrzem, z nadejściem wiosny, ze wznoszenie się ku niebu. Z serca człowieka wypływa wówczas liryczna modlitwa: "Nadchodzi postna wiosna, kwiat nawrócenia zaczął się rozwijać i wznosić ku niebu - niczym latawiec".

Popiół spadający na głowę i latawiec wnoszony ku niebu - te z pozoru przeciwstawne obrazy - tworzą doskonały wielkopostny introit.

Czym zatem wypełnić owe czterdzieści dni? Co czynić, aby nie przegrać na pustyni kuszenia, którą jest ludzkie życie?

Odpowiedzią, którą troskliwie podsuwa nam Kościół, jest modlitwa, post i jałmużna.

W mojej modlitwie nie chodzi jednak o samą modlitwę, o słowa, gesty, techniki. W modlitwie chodzi o mnie wobec Boga. O ogołocone pragnienie spotkania z Nim, które dopiero później przyodzieję odpowiednią szatą modlitwy.

Post, który również nie jest celem sam w sobie, lecz środkiem prowadzącym do odnowienia relacji i więzi, pobudza do wrażliwości duchowej. Post oczu - gdy chronię wzrok od patrzenia na marności tego świata. Post słuchu - gdy chronię uszy od wsłuchiwania się w plotki, obmowy i szukania taniej sensacji. Post języka - gdy chronię moje wargi od wypowiadania słów wulgarnych i zbędnych. Post od przyjemności pokarmu, napoju - gdy przypominam sercu, że "nie samym chlebem żyje człowiek".

Jałmużna. To dzielenie się tym, co jest moim bogactwem, wartością. Czas, zdolności, dobre słowo, pieniądze, rzeczy materialne, pomoc innym - to wszystko może pomóc mi uwolnić się z pułapki egoizmu.

I jeszcze jedna myśl na tę niedzielę. Jezus nie walczył z kusicielem na kamienie. Walczył Słowem Bożym. Niech ono będzie również dla nas mocnym orężem w naszych duchowych zmaganiach.

"Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste
i odnów we mnie moc ducha".

 

Każdy swoją górę ma (2. wielkiego postu)

refleksja na 2. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

"Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza"

W minioną niedzielę ewangelista przedstawił nam zdarzenie z góry kuszenia (Mt 4, 8). Dzisiaj wspinamy się na górę Tabor. Ta oraz góra Błogosławieństw, Oliwna, Golgota, Wniebowstąpienia znaczą kolejne ważne etapy ziemskiej misji Jezusa. Góry te stają się niemymi świadkami wydarzeń rozgrywanych pomiędzy niebem i ziemią, symbolizują niedostępność tajemnicy Boga, podpowiadają potrzebę ciągłego wznoszenia się wzwyż, podkreślają wzniosłość Jezusowych czynów.

Dlaczego jednak przemienienie Jezusa ma miejsce pomiędzy pierwszą o drugą zapowiedzią Jego męki? Dlaczego również my kontemplujemy tak "niewielkopostny" widok akurat w tym czasie?

Jezus jest zatroskany o apostołów. Ma jednocześnie świadomość, że zbliża się największa dla nich próba, próba wiary. Zostanie ona wystawiona na totalne oczyszczenie na Górze Golgoty. Golgota to widok zmiażdżonego cierpieniem Mesjasza, to widok ukrzyżowanego Boga. To widok - weryfikacja. Weryfikacja wszelkich ludzkich wyobrażeń i nadziei związanych z Jezusem. Nadziei, które często wiązano jedynie z doraźnymi korzyściami i doczesnym królestwem. Golgota to bezlitosna okoliczność, aby udzielić ostatecznej odpowiedzi na pytanie: A wy, za kogo Mnie uważacie? (Mt 16, 15).

Dlatego potrzebny był Tabor. Światło przed mającą ogarnąć ziemię ciemnością. Aby nie zwątpić na Golgocie. Tabor wpisuje się w cały proces wychowania uczniów do wiary. Były osobiste rozmowy z Jezusem, była wspólna z Nim modlitwa, były słowa, z których rodzi się wiara, były cuda, które potwierdzają wiarygodność słów. A teraz ukazał im świetlany rąbek Tajemnicy. Aby nie zwątpili.

My jednak znamy wynik wielkopiątkowego egzaminu. Ale czy nie zdajemy go z podobnym wynikiem?

W życiu również mamy swoją górę Tabor, gdzie światło Bożej miłości nas ogrania. Może nią być światło chrztu, pierwszej Komunii, bierzmowania. Czasem naszą górą przemienienia są dobrze odprawione rekolekcje, przeżycia na osobistej modlitwie, spotkanie, takie lub inne wydarzenia. Chcielibyśmy zatrzymać te chwile jak najdłużej. Nie tylko aparatem lub kamerą. Ale sercem gotowym rozbić namiot spotkania, bo dobrze nam tam być.

Lecz przychodzi Wielki Piątek. Na krzyżu egzystencji umiera - to, co dotąd żyło. Milknie to, co dotąd dawało odpowiedzi. Gaśnie to, co dotąd było światłem na naszych twarzach. Jedynym działaniem staje się bezradność, jedyną mową - milczenie Boga, jedyną odpowiedzią - tajemnica, jedyną wspólnotą - samotność. Wówczas kontrast pomiędzy Golgotą a Taborem wydaje się nam nie do wiary!

Pod krzyżem pozostają jedynie nieliczni. Dla tych, którzy tym razem uciekli, będzie na szczęście "egzamin poprawkowy" - ZMARTWYCHWSTANIE.

 

Spotkanie dwóch pragnień (3. wielkiego postu)

refleksja na 3. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

Panie, daj mi tej wody!

Wędrowiec idący z Jerozolimy do Galilei zatrzymał się w Samarii. To jednak miejsce nieprzyjazne na odpoczynek. W tubylcach płynęła wroga krew asyryjskich kolonialistów. Dla Żyda to okolica nieczysta i zakazana. Tym razem miejscem wydarzenia jest studnia w okolicach Sychar (=zatkany). Studnia, czyli być, albo nie być dla człowieka Bliskiego Wschodu. Jest godzina szósta czasu miejscowego, a więc samo południe upalnego dnia.

O tej porze mało kto przychodził po wodę. Jedynie ci, którzy przez wypadki losowe nie mogli jej nabrać rano, lub ci, którzy nie chcieli dawać swoją osobą tematów do plotek i obmów. A kobieta, która miała już pięciu mężów i obecnie żyła pod jednym dachem z kolejnym mężczyzną, który nie był jej mężem to arcykuszący temat dla wścibskich oczu i kąśliwych warg. Szła do źródła sama, niosąc w sobie pragnienie wody, które wywoływał upał tego dnia, i pragnienie szczęścia, które wzmacniało pokomplikowane życie. Nie planowała żadnych nadzwyczajnych wydarzeń, bo i czynność sama w sobie była nader zwyczajną. Wszystko miało okazać się łaską!

Jezus usiadł przy studni zmęczony. Czekał, a w Nim czekało pragnienie. Pragnienie narodzin wiary w Niego także pośród pogan. Reprezentantką tych ostatnich miała się stać nadchodząca kobieta. Wiedział, że nadejdzie. Znał całą historię jej życia. Chociaż jako Rabbi nie powinien publicznie rozmawiać z kobietą, więcej, nie mógł nawet dotykać jej czerpaka na wodę, bo ona była nieczysta. Jednak dla Niego człowiek i jego pragnienie Boga były ważniejsze od litery starego prawa.

Egzystencjalna potrzeba Jezusa stała się pretekstem do pokazania duchowych potrzeb kobiety. Pragnieniu nadał dwojaki sens: cielesny i duchowy, powszedni i wieczny.
- o gdybyś znała? Wzbudza kobiecą ciekawość, by ją następnie naprowadzić na pragnienie wody żywej oraz nowego kultu: w Duchu i prawdzie.
- Panie, daj mi tej wody! - chciałoby się powiedzieć - pierwszy chrzest pragnienia. To pragnienie nowej religii - chrześcijaństwa. To pragnienie nie bezdusznych zakazów i nakazów, pragnienie nie wybranych miejsc i rytualnych gestów, ale pragnienie żywego Boga, którego można adorować w sercu, a który w osobie Jezusa Chrystusa daje nam prawdziwą Miłość.

Jezus objawia kobiecie siebie. Łaska Jezusa wypełniła wypalone serce i zmęczoną duszę Samarytanki. To spotkanie gasi najgłębsze pragnienia jej wnętrza. Do tego stopnia, że zostawania przy studni swój dzban - symbol życiowej pustki oraz doczesnych trosk, i biegnie do miasta jako pierwsza uczennica Jezusa w Samarii.

W tym ewangelicznym opisie znajdujemy ikonę naszej drogi do wiary, do chrztu oraz ikonę chrześcijańskiego powołania kobiety.
- Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Nic doczesnego nas nie nasyci, cokolwiek byśmy osiągnęli w życiu. Nie nasycą nas nasze nowe samochody, mieszkania, zasobne portfele. Każde ugaszone pragnienie materialne będzie rodzić nowe, coraz większe i większe.
- Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki. Cóż to za woda? On sam - Chrystus.

Jezu, pozwól mi się napić wody, którą Ty jesteś , abym już nigdy więcej nie pragnął!

 

Cud, który przywrócił i odebrał wzrok (4. wielkiego postu)

refleksja na 4. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon.

Obecność Jezusa w Jerozolimie prowokuje ożywioną dyskusję na temat Jego tożsamości. Wielu nie podziela przekonania, że to On właśnie jest oczekiwanym Mesjaszem. Pozostaje zbyt wiele pytań związanych z Jego osobą, zachowaniem, nauką. Wielu z detektywistyczną dokładnością próbuje podchwycić Jezusa na czymś, co mogłoby być powodem do sądu. Wizja procesu i oskarżenia wręcz wisi w powietrzu. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi (J 9, 22).

Chrystus pokazuje jednak niezależność swojego działania. Nie kieruje się opinią społeczną. Wykonuje dzieła, które zlecił mu Ojciec. Po raz kolejny uzdrawia w szabat. I po raz kolejny łamie surowe zakazy związane z tym dniem. Tym razem odbiorcą cudu jest niewidomy od urodzenia. Ówcześni lekarze mogli wykonywać jakiekolwiek czynności tylko wtedy, gdy ratowały one bezpośrednio życie chorego. Nie mogli przygotowywać żadnych lekarstw, mikstur, maści, również nie można było w tym dniu wyrabiać gliny do budowy czy ugniatać ciasta. Mieszanie błota i śliny było w oczach faryzeuszy czynnością bluźnierczą. A ślepota od urodzenia była bardziej postrzegana jako boska kara za grzechy własne lub cudze, niż stan zagrażający życiu.

Syn Człowieczy, który jest panem szabatu (zob. Mk 2, 27-28), potwierdza jednak swoją wszechmoc. Cud Jezusa z jednej strony otworzył oczy niewidomemu, z drugiej zaś, zupełnie zaślepił oczy faryzeuszy. Ślepiec, który dotąd nie wierzył - uwierzył. A ci, którzy mieli trochę wiary w Jezusa - pozbyli się jej zupełnie, obwieszczając, że jest On tylko człowiekiem i grzesznikiem (zob. J 9, 24). Zdarzenie z nad sadzawki Siloe uświadamia nam, że wiara to sposób widzenia świata, w którym żyjemy. Dwoje ludzkich oczu patrzących na tę sama Postać może widzieć zupełnie kogoś innego. Wiara ma oczy, których nie ma ciało.

Ewangeliczna ślepota może być symbolem człowieka żyjącego według ciała, na uwięzi, w niewoli, w grzechu, w ciemności. Człowieka, który nie ma światła dla swojego życia. Jakże często ten stan jest naszym osobistym stanem?

Trzeba nam wówczas z pokorą upaść przed Jezusem i prosić:
- Panie, spraw, abym przejrzał! Panie, namaść moje oczy łaską wiary, abym zobaczył Twoją obecność między wierszami swojego życia. Abym odnalazł właściwy kierunek na bezdrożach swojego życia. Panie, poślij mnie do sadzawki Siloe, w której obmyję się strumieniami Twojego miłosierdzia, w której odświeżę swoją nadzieję. Panie, daj odwagę, abym bez lęku składał świadectwo mojej wiary w Ciebie.

 

Wyjdź na zewnątrz! (5. wielkiego postu)

refleksja na 5. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

Ja jestem zmartwychwstanie i życie, kto we Mnie wierzy, nie umrze na wieki.

Umarł Łazarz.

Gościny dom w Betanii okryła bolesna żałoba. Wielu też Żydów przybyło do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie (J 11, 19). To nieopisana strata. Poprzedzała ją nadzieja sióstr na rychłe przyjście Przyjaciela z Nazaretu, który jako jedyny mógłby powstrzymać i odwrócić dramatyczny bieg wydarzeń. On jednak nie zdążył na czas. Jak się miało wkrótce okazać, pozornie nie zdążył. On po prostu szedł swoim czasem, czasem paschalnych wydarzeń, które zmieniały bieg wszystkiego.

Marta wyszła na spotkanie Jezusowi.

Panie, gdybyś był tutaj (J 11, 21). Wiarę Marty w uzdrowienie brata uzasadniała powszechna wiedza o cudach dokonanych przez Jezusa. To mieściło się w ludzkim rozumie, bo tak wielu dotąd uzdrowił. Zebrani żałobnicy również podzielali jej przekonanie, pytając: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? (J 11, 37). Natomiast wszelka logika kazała wykluczyć wskrzeszenie rozkładającego się już od kilku dni nieboszczyka. O takim zdarzeniu nikt dotąd nawet nie słyszał. Bezradność człowieka wobec śmierci była niezaprzeczalna. To wszystko potęgowało kontrast pomiędzy zastaną sytuacją a czynem, którego miał dokonać Jezus.

Jezus zapłakał.

Były to łzy przyjacielskiego współczucia. Łzy solidarności z cierpieniem. On nie był teoretykiem cierpienia. Wszak był do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu (por. Hbr 4, 15).

Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! (J 11, 43).

I wyszedł! Czyż możemy sobie wyobrazić zdumienie na twarzach ludzi zebranych wokół grobu? Starach i euforia, lęk i uniesienie, łzy żałoby zamienione na łzy radości. Bezradność rozumu, który musiał poddać się wobec zaistniałych faktów. Łazarz ożył. Oczy sióstr skupiają się na bracie. Oczy większości świadków - na Jezusie. Kim zatem jest Ten, który to sprawił? Trudno nie odnieść wrażenia, że wskrzeszenie całkowicie potwierdziło słowa, które Jezus mówił o sobie i swoim pochodzeniu: albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce (J5, 21).

Cud jednak okazał się mieczem obosiecznym.

Uderzył w faryzeuszów, ale też stał się dla nich dowodem w sprawie przeciw Jezusowi. Takie zdarzenie było postrzegane przez nich jako zagrożenie, bo: wszyscy Mu uwierzą. Wtedy wkroczą też Rzymianie i zlikwidują zarówno naszą świątynię, jak i naród (J 11, 48). Przywódcy narodu ostatecznie zatem nie uznali Jezusa za Mesjasza, uznali go za zwykłego człowieka. W tym też dniu postanowili, że będzie korzystniej, jeśli jeden człowiek (Jezus) umrze za lud, niż gdyby miał zginąć cały naród (J11, 50).

Łazarz - to moja droga duchowa.

Niewiara i ciemności grzechu to kamienista pieczara, w której rozkłada się moje życie. Jezus, poruszony moim losem, przychodzi i woła mnie po imieniu: Wyjdź na zewnątrz! Wyjdź, by narodzić się na nowo. Narodzić się w wodach chrztu to zdjąć z siebie śmiertelne opaski i żyć pełnią wiarą. Zatem: zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus (Ef 5,14).

Jerozolimo, dlaczego pytasz? (Niedziela Palmowa)

refleksja na Niedzielę Palmową rok A
Sosna

A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach! Gdy wjechał do Jerozolimy, poruszyło się całe miasto, i pytano: "Kto to jest?" (Mt 21, 9-10)

Rozpoczęło się.

Początek tygodnia wielkich wydarzeń.

Jerozolima otwiera swoje bramy dla Jezusa.

Jej lud, rozbudzony nadzieją na wolność od okupanta, wolność od podatków i ucisku woła: Hosanna! (od hebr. hōszi'ā nnā - zbaw teraz, prosimy). W znakomitej większości nieświadomy, że jego gardła stają się też symbolem wołających wieków i niepoliczonej rzeszy ludzkości czekającej na Mesjasza i łaskę odkupienia. Mimo wszystko na kamienistych ulicach miasta wypełniają się słowa Pisma: ...świętuj, córko Jeruzalem: oto Król twój nadchodzi do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski, pokorny, jedzie na oślątku, źrebięciu oślicy (Zach 9,9).

Rozpoczęło się.

Początek tygodnia wielkich wydarzeń.

Jerozolima otwiera swoje bramy dla Jezusa.

Jej lud, rozbudzony nadzieją na wolność od okupanta, wolność od podatków i ucisku woła: Hosanna! (od hebr. hōszi'ā nnā - zbaw teraz, prosimy). W znakomitej większości nieświadomy, że jego gardła stają się też symbolem wołających wieków i niepoliczonej rzeszy ludzkości czekającej na Mesjasza i łaskę odkupienia. Mimo wszystko na kamienistych ulicach miasta wypełniają się słowa Pisma: ...świętuj, córko Jeruzalem: oto Król twój nadchodzi do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski, pokorny, jedzie na oślątku, źrebięciu oślicy (Zach 9,9).

To również Jerozolima decydentów religijnych oraz politycznych, którzy czekają z wyrokiem skazującym w ręku. Ukryci za tłumem, mówiący półszeptem, ociężali winą. Ich niespokojne oczy widzą Go niczym Salomona jadącego do Gichonu, aby zostać namaszczonym na króla. Lecz oni nie chcą, aby On był ich królem. Jego wizja królestwa nie mieści się w ich kryteriach i kategoriach. Dla niech jest On tylko charyzmatycznym człowiekiem uzurpującym sobie prawo do starotestamentalnych obietnic. Jest zagrożeniem dla struktur i układów, które dają im tymczasowe poczucie bezpieczeństwa.

Jerozolimo, Jerozolimo!
Co jeszcze miałoby się wydarzać, abyś rozpoznała czas swego nawiedzenia?
Co jeszcze chciałaś usłyszeć - aby naprawdę zrozumieć?
Co jeszcze chciałaś zobaczyć - aby się przekonać?
Czego jeszcze chciałaś doświadczyć - aby uwierzyć?
Kogo zatem teraz witasz, jeśli pytasz: Kto to jest?

A ja? W którym miejscu miasta stanę dzisiaj?
Do kogo się przyłączę?
Kogo będę witał, śpiewając: Hosanna!?
I gdzie będę w najbliższy poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek, sobotę i wczesny niedzielny poranek?

Wielki Czwartek

2008
Piotr Niedzielski

Pewnie w wielkoczwartkowy poranek jeszcze to do nas nie dociera, jeszcze jesteśmy myślami gdzieś bardzo daleko, przy naszej szarej codzienności.

Podoba mi się atmosfera Wielkiego Czwartku. To taki wyjątkowy dzień. Do wieczora, do Mszy Wieczerzy Pańskiej, mamy przecież jeszcze Wielki Post. Przed południem w kościołach katedralnych całego chrześcijańskiego świata odbywają się msze krzyżma, podczas której prezbiterzy w obecności swojego biskupa odnawiają swoje święcenia, a także święci się oleje, używane później do udzielania sakramentów. Jednak w liturgii mamy wtedy wciąż Wielki Post.

Pewnie w wielkoczwartkowy poranek jeszcze to do nas nie dociera, jeszcze jesteśmy myślami gdzieś bardzo daleko, przy naszej szarej codzienności. Jednak wieczorem wszystko cichnie. Świąteczne przygotowania powinny właściwie już wtedy dobiegać końca. Szkoda, że w dzisiejszych czasach niejednokrotnie dzień ten jest normalnym dniem pracy i nauki.

Wieczorem zaś zaczyna się to największe z chrześcijańskich świąt. Największe, najdłuższe, najważniejsze, najpiękniejsze. Święte Triduum Pachalne. Trzy dni, a każdy z nich niemniej ważny od innych, przepełniony głęboką symboliką, ukazujący piękno mistycznego Ciała Chrystusa - Kościoła. Szczyt roku liturgicznego.

Wielki Czwartek rozumiem jako dzień jedności i miłości. W ten dzień powinniśmy być razem, jako jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Osoby duchowne i świeccy. Bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, status materialny. Eucharystia sprawowana tego dnia bardzo mocno akcentuje potrzebę tej jedności nas wszystkich, członków Kościoła. Widać to szczególnie w czytaniach liturgicznych. Ukazują one, jak ważna jest jedność i miłość. To właśnie na tych dwóch fundamentach powinna być oparta nasza wiara. Nie jest to jednak łatwe, bowiem miłość chrześcijańska w niczym nie przypomina tej z hollywoodzkich filmów. Chrześcijanie służą sobie wzajemnie, stają się dla siebie sługami na wzór ich Mistrza, Jezusa Chrystusa, który sam się uniżył i przyjął postać Sługi. To wzór doskonałej miłości. Uczmy się jej w Wielki Czwartek. Podczas tej niezwykłej, uroczystej Mszy świętej, która jest pamiątką ustanowienia przez Jezusa dwóch sakramentów: Eucharystii i kapłaństwa, i podczas której cichną w naszych świątyniach organy i dzwonki (ich miejsce zajmują drewniane kołatki).

Pomyślmy o tym wszystkim także wieczorem, adorując w ciszy naszego Pana obecnego w Najświętszym Sakramencie. Będzie na nas czekał w tradycyjnej ciemnicy, która ma symbolizować więzienie, do którego trafił. Oczami wyobraźni możemy przenieść się do Ogrodu Oliwnego. Wtedy, gdy Jezus modlił się tam w samotności, apostołowie nie wykazali się wytrwałością. A jak będzie ze mną, z Tobą? Chrystus już następnego dnia umrze za nas wszystkich na krzyżu, przeleje swoją krew dla naszego zbawienia. Znajdę czas, by się z nim spotkać?

 

Wielki Piątek 2008

Paweł Kuźma

Przychodzi On do swojego stworzenia, które go odrzuciło, i składa propozycję powrotu, i w imię tej propozycji cierpi i daje się zabić.

Człowiek w momencie swojego stworzenia dostał wolną wolę. Jednak ten dar mu nie wystarczał. Zapragnął czegoś więcej, zapragnął władzy absolutnej nad sobą. Chciał niczym Bóg stanowić o tym, co jest dobre, a co złe. Historia ludzkości pokazuje nam jednak, że największe zbrodnie, dramaty pojawiają się w sytuacji, kiedy człowiek w miejsce moralności Pana Boga wprowadza swoją własną.

Rządy człowieka nad samym sobą przypominają państwo totalitarne. Gospodarka pada, w kraju bieda, nawet niżsi dygnitarze zaczynają cierpieć niedostatek. Władza jest jednak tak pociągająca, że nikt nawet nie myśli o pożegnaniu się z nią. Dlatego właśnie musiał umrzeć Pan Jezus.

Jest On i dla nas wyrzutem sumienia. Odwołuje się do korzeni, do czasów, kiedy człowiek oglądał Boga twarzą w twarz. I pewnie każdy z nas czuje przez skórę, że to dobra droga, że tak powinno być. Ale niestety trzeba zrzec się władzy, trzeba odrzucić swoją kulawą moralność i przyjąć tę proponowaną przez Jezusa.

Stajemy więc dzisiaj, patrząc na jaśniejącą postać Chrystusa, która tak bardzo nas przyciąga, ale musimy oddać to rajskie jabłko, do którego smaku tak bardzo się przyzwyczailiśmy. Po chwili namysłu jabłko odkładamy na bok, ale tylko po to, aby wziąć do ręki kamień. Chrystus zaczyna nas razić swoim blaskiem i nie pozwala spokojnie delektować się smakiem pychy.

Baranek zgładził grzech

Bóg swoją śmiercią krzyżową gładzi nie tyle grzech pierworodny, co jego konsekwencje. Nadal nas do niczego nie zmusza. Jeżeli jednak oddamy mu władzę nad naszym życiem, to - inaczej niż w świecie ludzi - nie czeka nas kara, ani nawet z wyrzutem powiedziane: "a nie mówiłem!" Miłość Boga nie zna granic, jest absolutna. Przychodzi On do swojego stworzenia, które go odrzuciło, i składa propozycję powrotu, i w imię tej propozycji cierpi i daje się zabić.

W męce Chrystusa jawi się też piękne świadectwo Boga dane człowiekowi. Jest to świadectwo wiarygodności. Ludzie w osobie Jezusa Chrystusa doświadczają największego bólu, to jest odrzucenia, wyparcia się, braku wiary i miłości. Ale także Bóg doświadcza wszelkich możliwych ludzkich cierpień: zdrady, poniżenia, niesprawiedliwości, prześladowania, tortur i wreszcie śmierci. Od tej pory nasze cierpienia są nierozerwalnie związane. Bóg staje razem z człowiekiem do walki z grzechem. Jest to przymierze najwspanialsze, bo możemy być pewni, że Bóg wie, jakie to dla nas trudne. Jezus sam doświadczył, jak bolesna jest ta walka. Jest z nami, kiedy leżymy pokonani i jest też dla nas inspiracją, żeby wstać, żeby się nigdy nie poddawać.

 

 

Szabat 2008 (Wielka Sobota)

2008
Ewa Wyrębska

Trzeba nam więc może uświadomić sobie, że Wielka Sobota to niezwykły czas kosmicznego wytchnienia, ostatniego szabatu Starego Przymierza.

"Był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Wysokiej Rady. Nie przystał on na ich uchwałę i postępowanie. Był z miasta żydowskiego Arymatei, i oczekiwał królestwa Bożego. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie, wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany. Był to dzień Przygotowania i szabat się rozjaśniał. Były przy tym niewiasty, które z Nim przyszły z Galilei. Obejrzały grób i w jaki sposób zostało złożone ciało Jezusa. Po powrocie przygotowały wonności i olejki; lecz zgodnie z przykazaniem zachowały spoczynek szabatu"

W obchodzeniu Triduum Paschalnego Wielka Sobota wydaje się być taka mniej istotna. Wciśnięta między dramat Wielkiego Piątku a tryumf Nocy Paschalnej. Potrzebna, aby wyciszyć żałobę i naszykować Święto, pobłogosławić pokarmy, pomodlić się przed Grobem Pańskim. Więcej jest w niej rodzinnych obyczajów (pisanki, potrawy, spotkania) aniżeli faktycznej świadomości powagi tego dnia.

Trzeba nam więc może uświadomić sobie, że Wielka Sobota to niezwykły czas kosmicznego wytchnienia, ostatniego szabatu Starego Przymierza. Chrystus - Mesjasz spoczywa w grobie, odrzucony i wzgardzony przez ludzkość, która nie była gotowa, aby przyjąć Boga do swego nazbyt uporządkowanego życia. Apostołowie rozpierzchnięci, zgaszeni i smutni ukrywają się. Kobiety, choć obecne przy pogrzebie, pozostają posłuszne nakazom Prawa i również zostawiają ciało Jezusa, aby uszanować szabat. Świat ucicha i zamiera, bo wygląda na to, że wszystko się już skończyło. Jezus z Nazaretu odszedł. Pozostaje to, co było już dawniej - tradycja i pismo. I choć nie wystarczały one gorącym sercom Jego uczniów, to teraz tym mocniej zdaje się brzmieć nakaz, aby uczcić Dzień Pański. Może się wydawać, że Wielka Sobota pełna jest ciemności i smutku, pozbawiona jakby Bożej obecności, rozciągnięta między utraconą a odzyskaną Nadzieją. Tak przy tym cicha, że żadna z ewangelii nie opisuje, co dzieje się z tymi, którzy do niedawna nazywali Jezusa Panem swego życia. Ale przecież wiemy, że to jedynie odpoczynek, tak bardzo potrzebny, aby przygotować świat na Tajemnicę Zmartwychwstania. Bóg w swym dziele Zbawienia chce bowiem dać nam czas. Jest więc szabat, tak jak dawniej, odkąd tylko Bóg roztoczył swą opiekę nad człowiekiem.

Dla nas Wielka Sobota jest już tylko dniem przed Wielkanocą. Nie ma lęku, zwątpienia, rozdarcia, które przeżywali uczniowie, bo my JUŻ WIEMY, jakie jest zakończenie. Nadzieja, która została nam przywrócona, będzie trwać aż do końca czasów. A jednak każdego roku jest ta jedna, nasza osobista Pascha. Przejście do nowego życia, o krok dalej od ciemności, a bliżej Nieba. Szabat przed Zmartwychwstaniem to nasza ostatnia okazja do wytchnienia i przygotowania. Trzeba nam ją wykorzystać, abyśmy mogli w Niedzielny Poranek przybiec do grobu Pana i - jak Jego umiłowany uczeń - ujrzeć i uwierzyć.

 

Okres wielkanocny

Wielkanoc

2008
Wojtek Kułak

Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych.

"Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą."

Jakiż mocny jest teraz ten św. Piotr...

Z całą pewnością pamięta jednak ów poranek przy pustym grobie, do którego – jako pierwszemu – pozwolił mu wejść "ów drugi uczeń". Przypomina dokładnie te trudne godziny Wielkiego Czwartku, Piątku i Soboty. Pewnie pamięta swój gorzki płacz... Teraz jednak już wie, że miłość jest mocniejsza niż zaparcie się Mistrza, a wiara w przebaczenie musi być większa niż wstyd po popełnieniu grzechu.

"Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą."

Jakiż mocny jest teraz ten św. Piotr...

Z całą pewnością pamięta jednak ów poranek przy pustym grobie, do którego – jako pierwszemu – pozwolił mu wejść "ów drugi uczeń". Przypomina dokładnie te trudne godziny Wielkiego Czwartku, Piątku i Soboty. Pewnie pamięta swój gorzki płacz... Teraz jednak już wie, że miłość jest mocniejsza niż zaparcie się Mistrza, a wiara w przebaczenie musi być większa niż wstyd po popełnieniu grzechu.

Być może przed pustym grobem Piotr także poczuł się pusty, bo zawiódł, bo uciekł, bo nie był razem z Jezusem w ostatnich godzinach wypełniania woli Ojca. Jakże szybko jednak wrócił.

Drogi, którymi idzie Bóg, oraz drogi, po których Bóg prowadzi człowieka, jakże często są dla nas pełne tajemnic, bez czytelnych znaków, z których łatwo wyczytać jasne przesłanie. Może dlatego czasami tak trudno być posłusznym, zwłaszcza wtedy, kiedy tyle w nas pewności i ludzkiej zarozumiałości, kiedy tyle buntu i oporu; kiedy brakuje nam cierpliwości. Posuwamy się wówczas nawet do zarzutu wobec Pana Boga, twierdząc, że On jest taki niewspółczesny, nie nadążający.... za mną, człowiekiem.

I taką skonstruowaną przeze mnie pustkę i próżność Chrystus nieustannie wypełnia światłem Zmartwychwstania, aby w ten sposób czynić ze mnie takiego nowo narodzonego św. Piotra, mocnego i silnego, przekonanego i nie oglądającego się wstecz.

Pokorną modlitwę w te Święta Zmartwychwstania pragnę zanieść do Boga: zmiłuj się nade mną, bo ciągle mam tak daleko do Ciebie, chociaż Ty jesteś blisko; bo wciąż bliżej mi do myślenia kategoriami świata niż kategoriami Ewangelii.

Wiem, dzisiaj powinienem śpiewać radosne alleluja. Czynię to, jednak tyle rzeczy zatruwa moją głowę. I choć serce jest tak ochocze, tak się wyrywa, to rozum próbuje przypomnieć sobie te wszystkie wieści z ostatnich dni, które starały się mnie i innych takich słabych jak ja przekonać, że wiara w pusty grób wypełniony życiem wiecznym jest wiarą w absurd. Że niepotrzebnie opowiadam się po stronie Zmartwychwstałego, bo to zabobon, folklor, opium, teatr...

Więc do wcześniejszej modlitwy dołączam jeszcze jedną: rozraduj, Panie, także mój umysł, aby i on stanął w pełni po Twojej stronie, po stronie Boga, który żyje. Żyje dla mnie i żyje we mnie. I żyje w Kościele.

 

Inicjatywa Mistrza (3. wielkanocna)

refleksja na 3. niedzielę wielkanocną rok A
Wojtek Kułak

Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: "Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?"

Uciekają, bo nie wierzą, że ich Mistrz zmartwychwstał. I to jest pewnie zasadniczy powód opuszczenia Jerozolimy i udania się w kierunku w Emaus.

W tych dniach wiara w Zmartwychwstałego rozszerza się od jednego świadka do drugiego. To ci, którzy widzieli na własne oczy Chrystusa, mówią o tym innym. Liczba wierzących powiększa się zatem powoli. Dwaj uczniowie będący w drodze do Emaus jeszcze nie spotkali nikogo z owych "widzących", dlatego zostawiają miasto, w którym - według ich obecnej wiedzy - Jezus z Nazaretu został skazany na śmierć i umarł na zawsze. Wiedzą, że aniołowie zapewnili kobiety, iż "On żyje", ale "poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli".

Uciekają, bo nie wierzą, że ich Mistrz zmartwychwstał. I to jest pewnie zasadniczy powód opuszczenia Jerozolimy i udania się w kierunku w Emaus.

W tych dniach wiara w Zmartwychwstałego rozszerza się od jednego świadka do drugiego. To ci, którzy widzieli na własne oczy Chrystusa, mówią o tym innym. Liczba wierzących powiększa się zatem powoli. Dwaj uczniowie będący w drodze do Emaus jeszcze nie spotkali nikogo z owych "widzących", dlatego zostawiają miasto, w którym - według ich obecnej wiedzy - Jezus z Nazaretu został skazany na śmierć i umarł na zawsze. Wiedzą, że aniołowie zapewnili kobiety, iż "On żyje", ale "poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli".

I jakby w tym momencie całą inicjatywę w swoje ręce bierze sam Jezus. Dołącza do rozbitych i zasmuconych mężczyzn i powoli zaczyna od nowa "stwarzać" uczniów. Oni są przekonani, że to tylko człowiek, jednak jakże przekonywający. To słowa nieznajomego otwierają ich uszy, oczy, nawracają serce i odświeżają pamięć. Potrzebują jeszcze więcej takich słów, argumentów, które odbudują w nich utraconą nadzieję, dlatego kierują zaproszenie: "Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił".

Jezus przystaje na tę prośbę. Zatrzymuje się jednak na krótko, jakby tylko po to, aby postawić kropkę nad "i" i przystawić najważniejszą pieczęć, która potwierdzi tożsamość Boga, który nie tylko oddał życie za ludzi, aby wraz z Nim wszyscy od tej pory żyli, ale nadal jest między nimi i ciągle łamie chleb.

Zdarzyło mi się nieraz być na drodze do Emaus. Jednakże aby poznać tę drogę, nie musiałem oczywiście wyjeżdżać do Ziemi Świętej. Przypominam sobie kilka wędrówek po ścieżkach wiary, w czasie których Ktoś mi towarzyszył i wspierał. I jakże ważne wtedy były słowa, jakże przekonujące, chociaż czasami trudne do przyjęcia. Ale one wzmacniały, czasami wręcz zaczynały "stwarzać" moją wiarę od nowa, niemal ponownie musiałem przejść w przyspieszonym tempie dotychczasową drogę wiary - od chrztu, przez Komunię, bierzmowanie po.... ten ostatni. Najpiękniejszym momentem każdej tego typu "wyprawy" było jednak zawsze łamanie chleba, czyli Eucharystia. Tak więc znam gorzką drogę z Jerozolimy do Emaus, ale - dzięki Chrystusowi i ludziom, których przy mnie stawiał - poznaję także wciąż tę powrotną - z Emaus do Jerozolimy.

Kończę, przypominając słowa psalmisty, który tak się modli w Psalmie 119.

Uczyniły mnie Twe ręce, Panie, i kształt mi nadały,
obdarz mnie rozumem, bym się nauczył Twoich przykazań.
Ci, którzy Cię wielbią, widzą mnie i się weselą,
bo zaufałem Twojemu słowu.
Wiem, Panie, że sprawiedliwe są Twoje wyroki,
że dotknąłeś mnie słusznie.
Niech Twoja łaska będzie mi pociechą
zgodnie z obietnicą daną Twemu słudze.
Niech Twa litość mnie ogarnie, a żyć będę,
bo Twoje Prawo jest moją rozkoszą.

 

Dobry Pasterz (4. wielkanocna)

refleksja na 4. niedzielę wielkanocną rok A
Wojtek Kułak

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec.

Wielu pasterzy mam dzisiaj przed oczyma. Wspominam tych, których znałem, znam osobiście, jak i tych, których poznałem z książek.

Kilka dni temu pewien zakonnik indyjski opowiedział przejmującą historię. Kiedy był chłopcem i chodził do szkoły prowadzonej przez zakonników, pewnego razu zabrakło pieniędzy nawet na ryż. Wówczas dyrektor szkoły, zakonnik, poszedł do punktu krwiodawstwa, oddał krew, a otrzymane pieniądze przeznaczył na ryż dla uczniów. Poruszająca historia - oddał krew, aby jego owce miały życie, to fizyczne. Jednak jego czyn był tak życiodajny, że dzisiaj uczeń owej szkoły, dzisiaj chyba siedemdziesięcioletni salezjanin, wspomina po dziś dzień.

Takich przykładów jest niewątpliwie więcej. Co ja gadam - jest ich mnóstwo. Iluż misjonarzy zginęło tylko dlatego, że stawało w obronie praw tych, którym służyli - zapomnianym szczepom Amazonii, wykorzystywanym ludom Afryki i innych kontynentów. Ilu poświęcało się i poświęca każdego dnia w imię budowania królestwa Bożego tu na ziemi.

Już słyszę także zarzuty... Słuszne, nie ulega wątpliwości: kasa, moralnie naganny styl życia, chamstwo itp. Gdybym jednak dzisiaj wspominał wyłącznie o tzw. czarnych owcach, czyż tym samym nie przyłączyłbym się do tych, którzy mówią, że dzisiaj dobrych pasterzy już nie ma. A to nieprawda. Dobry Pasterz wciąż odnajduje tych, którzy - będąc słabymi i grzesznymi ludźmi - zgadzają się go naśladować, zgadzają się oddawać życie za owce.

Liczba młodych ludzi, którzy w Europie mówią Pasterzowi "tak" dzisiaj maleje. Takie są statystyki. Jednocześnie jednak Pasterz powołuje rzesze Hindusów i Wietnamczyków. Afryka cieszy się kolejnymi rdzennymi powołaniami. Już dzisiaj na przykład Wietnamczycy pracują we Włoszech, na Węgrzech. Mają przy tym świadomość, ile zawdzięczają misjonarzom z Europy. Słyszałem wiele razy: jesteśmy Wam wdzięczni za to, że przynieśliście nam Ewangelię, teraz chcielibyśmy Wam pomóc.

Jeden Kościół jednego Pasterza, który gromadzi tak różnych ludzi. Gromadzi i łączy.

 

Duch przed dachem (5. wielkanocna)

Refleksja na 5. niedzielę wielkanocną roku A
Wojtek Kułak

Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły - powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. - Dzieje Apostolskie

Pozornie dzisiejsze pierwsze czytanie w sposób szczególny skierowane jest do odpowiedzialnych za głoszenie słowa. Jedno ze zgromadzeń zakonnych, czyniąc rachunek sumienia ze swojej działalności, doszło do wniosku, że administracja dziełami w wielu wypadkach bardzo, a właściwie za bardzo ich absorbuje, tym samym spycha na dalszy plan głoszenie słowa i ewangelizację.

To współczesna kopia sytuacji z Jerozolimy, jaka miała miejsce wkrótce po zmartwychwstaniu Jezusa. Właśnie, czy zawsze duchowni muszą zajmować się sprawami materialnymi? A jest ich przecież coraz więcej, bo wymogów prawnych jest coraz więcej. To super, że jakiś pasterz szuka dla powierzonego mu dzieła i inicjatyw parafialnych ekstra środków materialnych, np. unijnych, ministerialnych, z lokalnych budżetów. Ale czy ta aktywność nie kradnie czasu, który powinien poświęcić na spowiadanie, bycie gotowym na duszpasterskie spotkania z ludźmi, lepsze przygotowanie do głoszenia słowa, odwiedziny chorych itp.?

Pisząc o tym, że tylko pozornie pierwsze czytanie skierowane jest do głoszących słowo, myślałem także o tych, którzy powinni pomagać w stwarzaniu odpowiednich warunków, które pomogą pasterzom ich życie wypełnić duszpasterską służbą na rzecz bliźnich. Myślę w tym momencie o pasterzach gorliwych, wiernych, otwartych na powierzone im owce. O pasterzach wrażliwych na człowieka, dostrzegających jego mieniące się różnymi barwami życie, wyrozumiałych.

Życie to jednak nie tylko duch. To także dach, rynny na dachu, to zaciekające czasami ściany kościoła, niewydajne ogrzewanie, nieszczelne okna i wiele innych materialnych zmartwień. To także społeczny wymiar życia parafii: grupy charytatywne, pomoc ubogim, dostrzeganie rodziny patologicznych, wyłuskiwanie dzieci, którym trzeba pomóc, organizacja wakacji. Dużo na głowie. Może się przy tym wszystkim okazać, że w praktyce tylko niewiele czasu zostaje na prowadzenie dusz. Jakże ważne jest więc zaangażowanie się wszystkich w to, co jest wspólnym dobrem parafii. Często przecież konkretny ksiądz jest u nas tylko na chwilę, na moment, niczym przechodzień. My pozostajemy. On musi utożsamiać się z nowym miejscem, nowymi ludźmi. Dla nas to wciąż mój kościół, moja wspólnota parafialna, przestrzeń i ludzie pomagający mi w byciu wiernym Jezusowi.

Jeśli czasami – może nawet złośliwie - zdarza nam się czynić pasterzom rachunek sumienia z ich pracy, to pierwszy jego punkt powinien być następujący: czy nie zaniedbują słowa Bożego.

 

Nie smuć się! (6. wielkanocna)

refleksja na 6. niedzielę wielkanocną rok A
Sosna

Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze - Ducha Prawdy. Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was (J 14, 16 - 18)

Smutek to płacz bez łez. Jego pojawienie się najczęściej poprzedza utrata dobra. Tracimy czasowo lub na zawsze ludzi, rzeczy, relacje, wartości duchowe i materialne. W zamian nabywamy poczucie smutku, który często nas rozkłada na łopatki i nie możemy sobie z nim poradzić. Jego wielkość jest adekwatna do odczuwanej nieobecności.

Jezus jest wrażliwy na smutek człowieka. Sam go doświadczył przed męką: Moja dusza jest śmiertelnie smutna (zob. Mk 14, 34). Po zapowiedzi swojego wniebowstąpienia widzi zasmucone twarze uczniów. Pamiętali, że już raz utracili Jezusa - w Wielki Piątek. Tamten smutek zmienił się jednak w radość zmartwychwstania. Skąd zatem ponownie to uczucie? Na pewno świadczy o wielkiej miłości i przywiązaniu do Jezusa. Świadczy o ludzkich więzach, które bronią się przed kolejną niezrozumiałą rozłąką. Z drugiej strony odsłania niedojrzałe spojrzenie na posłannictwo Jezusa oraz dar innego Pocieszyciela. Pełne zrozumienie słów Mistrza przyszło dopiero w dzień Pięćdziesiątnicy.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. (zob. Mt 5, 4). Ewangeliczni smutni to ci tęskniący za życiem całkowicie zatopionym w Bogu. Ci, których nie mogą pocieszyć żadne atrakcje tego świata. Jedyną pociechą, na którą czekają, jest sam Bóg. A On, widząc w nich ów błogosławiony smutek - tęsknotę, przychodzi z pomocą, posyłając Parakleta.

Na czym polega pociesznie Ducha Świętego? Jednym z takich szczególnych momentów, kiedy możemy go doświadczyć, jest Eucharystia. Kapłan, wyciągając swoje dłonie nad darami złożonymi na ołtarzu, wypowiada następujące słowa: Prosimy Cię, Ojcze wszechmogący, ześlij swego Ducha na ten chleb i wino, aby Twój Syn stał się obecny wśród nas w swoim Ciele + i w swojej Krwi. Duch Święty sprawia, że chleb i wino stają się Jezusem. Pocieszeniem, które przynosi nam Duch Święty, jest osoba Jezusa, obecna zawsze pośród nas w Eucharystii. To Pocieszyciel sprawia, że Jezus nie zostawia nas sierotami! Nie bądźmy zatem smutni, gdy Pana przyjmujemy w Komunii. Dajmy się pocieszyć Pocieszycielowi!

 

Dokąd sięgają Twoje plany? (Wniebowstąpienie)

refleksja na uroczystość Wniebowstąpienia rok A
Sosna

Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten
Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go
wstępującego do nieba.

Jakie masz plany na jutro? (bądź łaskaw/a uzupełnić kilkoma myślami poniższe kropki)


A za tydzień lub miesiąc?

A za dziesięć lub dwadzieścia lat?

A za osiemdziesiąt lub sto lat?

Wiem, to ostatnie pytanie wydaje się bez sensu, może wręcz przerażać. Ale tylko wtedy, gdy o życiu myślimy jedynie w kategoriach doczesności. Może dlatego jest nam potrzebne święto Wniebowstąpienia. Ono mówi nam o dwóch ważnych rzeczach.

* Niczym klamra, zamyka w całość obraz ziemskiej misji Jezusa. Mesjasz - zapowiadany przez Stary Testament – stał się człowiekiem. Zamieszkał pośród nas, pracował, wzrastał i był do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu. Słowa, które głosił, potwierdził czynami. Na krzyżu dokonał odkupienia. Zmartwychwstał. A kolejne informacje biblijne odnotowują historyczny fakt Jego wniebowstąpienia (Łk 21, 50-51; Mk 16, 19-20; Dz 1, 1-14) oraz podkreślają uwieńczenie Jego dzieła. On wzniósł się do nieba i jest po prawicy Boga, a zostali mu poddani aniołowie, potęgi i moce (1 P 3, 22).

* Nasze życie na ziemi oraz czekająca nas egzystencja w niebie to dwa etapy tej samej i jedynej drogi naszego istnienia. Nie można zaniedbać doczesności i myśleć tylko o niebie. Niektórzy z pierwszych chrześcijan myśleli, że oczekiwanie na niebo unieważnia wszelkie zajęcia ziemskie, a wiara w powtórne przyjście Jezusa czyni pracę nieważną. Apostoł Paweł ostro reagował przeciwko takiemu podejściu: Kto nie chce pracować, niech też nie je (1 Tes 3,10). Droga, którą przebył Jezus, uświadamia nam, że do nieba idzie się tylko poprzez ziemię i że czas na ziemi nie jest czasem straconym.

Nie powinno się jednak wpadać w drugą skrajność, czyli żyć tak, jakby nieba nie było. Jakby życie kończyło się całkowicie z chwilą śmierci, a jedynym celem naszego istnienia były rzeczy materialne i dobrobyt ziemski.

A zatem trzeba nam znaleźć złoty środek. Codzienność ziemskiego życia uczynić wniebowstępowaniem.

 

Jest, urodził się! (Zesłania Ducha Świętego)

refleksja na Zesłanie Ducha Świętego rok A
Andrzej Gołębiowski sdb

Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. (Dzieje Apostolskie)

Szedł przede mną ulicą. W elegancko skrojonym garniturze, z przewieszonym na ramieniu laptopem. Pomyślałem sobie: młody wilk swojej firmy, nadzieja prezesa. Zadzwoniła mu komórka. Pomyślałem sobie: pewnie sprawy biznesu. Dziś mogą dopaść nawet na ulicy. Słyszałem rozmowę: To już... To miało być jutro... Dlaczego mnie nie zawiadomiono?.. Ach tak, rzeczywiście byłem na zebraniu... Wszystko dobrze... Już jadę... Dopiero kiedy skończył, wykrzyknął, jakby sam do siebie: Jest! Mam syna. Urodził mi się syn.

Dzisiaj cały Kościół powinien wykrzyczeć: Yes, yes, yes. Urodził nam się Kościół. Już zstępujący Duch Święty dał moc apostołom, którzy uwierzyli, że nie ma sensu dalej siedzieć w tym wieczerniku, że trzeba już pójść do człowieka, aby mówić mu o prawdzie zmartwychwstania.

Gdzie dzisiaj siedzę?

Miejscem mojego życia jest codzienność. W niej pracuję, uczę się, jeżdżę na rowerze, chodzę na imprezy, spotykam się z przyjaciółmi. Otwarty, radosny i przyjazny środowisku, zamykam jednocześnie w sobie przestrzeń ducha. Jak apostołowie, siedzę zamknięty. Tamci trwali na modlitwie, ja trwam tylko przed sobą, swoim ja, swoim kompem, swoim małym światem ze znaczkiem, niedostępny dla innych. Spoglądając w metrykę swojego chrztu, nie mam pojęcia, że mam rodzić Pana Boga innym ludziom. Jak go rodzić? Sobą. Jakim sobą? Dostępnym dla innych.

Weźcie...

Jezus przychodzi mimo drzwi zamkniętych. Ale On ma sposoby. I co z tego, że zamknięte. Może tak mówi dzisiaj do siedzącego przed tym komputerem: I co z tego, że u Ciebie zamknięte. Ja mam swojej sposoby, aby przychodzić do człowieka. Apostołowie poczuli moc, kiedy znowu zobaczyli żywego Jezusa, znowu chciało im się żyć. Musieli tylko odczekać trochę, aby zacząć działać. Działanie nie poparte wewnętrzną mocą jest plastikową reklamówką. Może się szybko podrzeć. Jezus musi dać im coś trwałego: to Duch. Jego mocą działa Kościół i działać możesz Ty - jeśli weźmiesz to, co jest Jego propozycją, przychodzącego Pana w sakramentalnych znakach.

V-power

Tankuję samochód. Obsługujący stację mężczyzna zachęca, abym kupił lepsze paliwo. Patrzę na cenę i kręcę głową. On jednak mnie przekonuje: To jest lepsze. Silnik ma większą moc i dalej pan na baku zajedzie.

W Uroczystość Zesłania Ducha Świętego zatankuj swoje życie tą Jego mocą. Dalej w życiu zajedziesz i wiele zaoszczędzisz.

GPS na dziś

... trwaj!

Okres zwykły

Od "wiecie" do "wiem" (Chrzest Pański)

refleksja na niedzielę Chrztu Pańskiego rok A
Wojtek Kułak

Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.

Układ bożonarodzeniowego kalendarza liturgicznego nie daje odpocząć. Pamiątki wydarzeń zbawczych następują jedna po drugiej. W ten oto sposób kończymy w dniu dzisiejszym obchody świąt Bożego Narodzenia. Nasze polskie serca z dniami związanymi z przyjściem na ziemię Zbawiciela rozstają się w szczególny sposób, między innymi dlatego, że przez stulecia polska kultura wytworzyła wiele pięknych zwyczajów, skomponowano setki śpiewów o tematyce bożonarodzeniowej, napisano szereg jasełek, herodów i innych przedstawień. Przemierzono wreszcie tysiące kilometrów z gwiazdą, szopką, turoniem ku obopólnej radości: odwiedzanych i kolędników. Czas bożonarodzeniowego świętowania i w tym roku nie był w stanie pomieścić trudu pokoleń Polaków pragnących w sposób uroczysty uczcić pamiątkę przyjścia na świat Bożego Syna; Polaków, składających Dziecięciu w dani talenty, umiejętności, czas, a przede wszystkim serce napełnione radością z powodu kolejnej pamiątki niezwykłego zbratania Nieba z Ziemią.

Chrzest Jezusa Chrystusa, który wspominamy, to nie tylko treści wpisane w niezwykle przestrzenny obraz namalowany piórem św. Mateusza. Dzisiejsze czytania odsłaniają przed nami perspektywę znacznie szerszą. Lektury biblijne, które przed chwilą usłyszeliśmy, układają się w taki oto porządek: zapowiedź przyjścia Mesjasza jako sługi, na którym spoczął Duch św. - czytanie z proroka Izajasza; wypełnienie tych słów w chrzcie Chrystusa w Jordanie - Ewangelia; wreszcie czerpanie owoców z tychże wydarzeń - mowa św. Piotra w domu Korneliusza, zapisana w Dziejach Apostolskich. Kompozycja okruchów Bożego Słowa jest bardzo jasna, czytelna: zapowiedź i jej spełnienie. Zapowiedź, którą otrzymał świat przez usta Izajasza, jej wypełnienie w Chrystusie i w końcu percepcja już spełnionej zapowiedzi, czyli św. Piotr przemawiający nie tylko jako absolwent uczelni Mistrza z Nazaretu, ale także jako Jego namiestnik.

Tak więc dzisiejsze czytania nie chcą nas zatrzymać wyłącznie na wydarzeniu Chrztu Chrystusa. Zdają się nas natychmiast odrywać od chrzcielnej liturgii i od będącego jej przedłużeniem biesiadnego stołu. Tym samym ochrzczonego wrzucają w codzienność.

Jezus Chrystus po chrzcie w Jordanie rozpoczyna etap otwartej działalności. Są to te wydarzenia, o których przypomnienie prosi swoich słuchaczy św. Piotr w domu Korneliusza: "Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu". Piotr, którego widzimy w roli nauczyciela, pasterza, kaznodziei, namiestnika, jest jakże odmienny od Piotra, którego znamy z Ewangelii! Piotr potwierdzający wypełnienie się słów Izajasza nie jest uczniem chwytającym za miecz w Ogrójcu, nie jest tym bardziej apostołem zapierającym się znajomości z Jezusem. Jest duchowo innym człowiekiem. Piotr dopiero po Zesłaniu Ducha św. rozpoczyna działalność ewangelizacyjną. Czas pomiędzy chrztem Jezusa, potwierdzającym jego Boże synostwo, a Pięćdziesiątnicą służył przygotowaniu do przyszłej misji. Był to czas zdobywania doświadczeń, czas życia przy Mistrzu, przypatrywania się jego czynom, postawie, to czas uczenia się pasterskiej miłości.

Słowa Piotra "Wiecie, co działo się w Judei, znacie sprawę Jezusa..." odnoszą się naturalnie również do nas. Chrzest, którym zostaliśmy obdarowani, musi się opierać na wiedzy i znajomości tego, co działo się w Judei w związku z przyjściem na świat Boga, Jezusa Chrystusa. Jednakże "wiedzieć" i "znać" posiada w sobie pierwiastek bierności. Bo czyż Piotr przed Pięćdziesiątnicą nie wiedział i nie znał tego, co działo się w Judei? Więcej, był uczestnikiem i świadkiem tych wydarzeń. Chrzest w imię Trójcy wiąże się także z obowiązkiem przyjęcia określonej postawy życiowej. Znajomość tego, co działo się w Judei, powinno nas stale motywować do nieustannego uczenia się postawy wynikającej z utożsamiania się z wydarzeniami z Galilei i Judei. Chrzest Chrystusa potwierdza słuszność naszego chrztu, zaś świadomość posiadania łaski chrztu powinna umacniać naszą nadzieję i zachęcać do pomnażania miłości.

Bóg ofiaruje nam bowiem swojego Syna, a dla potwierdzenia jego zbawczej misji angażuje naturę i urządza zebranym barwy spektakl, potwierdzający Bożą obecność w świecie i Bożą troskę o człowieka. Piotr, apostołowie, całe rzesze naszych poprzedników w wierze i w końcu my sami, jako obdarowani mocą chrztu św., jesteśmy tego potwierdzeniem. Jesteśmy przeto wezwani do odpowiedzialności za siebie samych, jesteśmy wezwani do domu Korneliusza i przemawiania do zebranych nie tylko w drugiej osobie liczny mnogiej: "znacie", "wiecie", ale "znam", "wiem" i doświadczyłem mocy i siły, którą ofiarował każdemu z nas Jezus Chrystus przez swoje przyjście, mękę i Zmartwychwstanie.

Dar chrztu jest jednocześnie zobowiązaniem wypływającym z odpowiedzialności za cały Kościół. Jest także, jeżeli człowiek nim się rzeczywiście przejmie, niezwykle ekspansywny. Zmusza do poszukiwań, zachęca do ciągłego wzrostu duchowego, pragnie miłości w świecie niezależnie od zewnętrznych okoliczności. Chrzest w końcu każe nam pomyśleć o korzeniach naszego człowieczeństwa, o tym, co jest ludziom wspólne. Wywołuje tym samym refleksję nad tradycją człowieka, nad jego kulturą, nad łącznością z pokoleniami przodków. W ten sposób chrzest św., będąc fundamentem naszej wiary, jej potwierdzeniem przez codzienne jego wypełnianie, staje się fundamentem naszej kultury, a także tożsamości i tradycji europejskiej i narodowej. Pełna łączność tych dwóch wymiarów może istnieć tylko wówczas, kiedy owo "znam" i "wiem", co wydarzyło się w Judei i Galilei, będzie powiązane z "tego codziennie doświadczam" i "tym żyję".

Niech w tym wszystkim towarzyszy nam Bóg, manifestujący swoją obecność: Ojciec, Syn i Duch św.

 

Baranek i Lew (2. zwykła)

refleksja na 2. niedzielę zwykłą rok A
Wojtek Kułak

Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie.

Mors ego sum mortis. Vocor Agnus sum Leo fortis (Jestem śmiercią śmierci. Zwą mnie Barankiem, jam zaś jest silny Lew). Taki napis spotyka ten, kto zwiedza romański kościół w Armentii. Tympanon tej hiszpańskiej dwunastowiecznej kolegiaty jest wspaniałym komentarzem do czytań na dzisiejszą niedzielę. Oto bowiem w jego centrum Agnus Dei, Baranek Boży, czyli Chrystus zmartwychwstały. Po jego prawej i lewej stronie Jan Chrzciciel i Izajasz. Baranek Boży został poprowadzony na rzeź (proroctwo Izajasza) zgładził już grzech świata (Jan o Chrystusie ). Teraz ukazuje się jako śmierć śmierci, czyli jej zwycięzca. Ileż treści w Janowym Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata! Dla jego współczesnych to jeszcze jakże enigmatyczne i pewnie mało zrozumiane określenie, dla nas zaś to istota naszej wiary.

Napis z Armentii przywołuje jeszcze jeden symbol - lwa. Baranek i lew - zwierzęta tak różne - odnoszą się jednak do tej samej osoby - tego, który jest śmiercią śmierci. Zwą mnie Barankiem, czyli mówią o mnie jako o tym, który jest niewinny, czysty, uległy, który przyjmuje niezasłużone cierpienia, ale tak naprawdę ja jestem silny Lew. Fantastyczna synteza! Żeby być takim Barankiem, rzeczywiście trzeba być silnym jak Lew, trzeba mieć władzę Lwa, trzeba być Królem.

To jedno zdanie jest umocnieniem dla każdego chrześcijanina, który pyta, dlaczego moja miłość powinna być cierpliwa?, dlaczego czasami w imię miłości muszę przegrać?, dlaczego w imię mojej wiary muszę iść pod prąd?

Dlaczego? Aby poczuć bliskość Króla i stawać się królem. To mało? Więcej nie można.

I jeszcze jedno: Chrystus staje się Barankiem z wyboru. Król, Lew Barankiem staje się z wyboru. A my - przynajmniej czasami - mamy pragnienie bycia lwami... ale tylko tego świata. Pragniemy pożerać baranki i tak okazywać siłę.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami;... obdarz nas pokojem.

 

Przekonujący Bóg (3. zwykła)

refleksja na 3. niedzielę zwykłą rok A
Wojtek Kułak

Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi.

Subtelną kreską św. Mateusz naszkicował scenę powołania czterech z dwunastu apostołów. Wzdłuż brzegu jeziora idzie Chrystus. Najpierw swoje zaproszenie, które staje się jednocześnie formułą powołania, kieruje do dwóch braci - Szymona i Andrzeja: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni rzucają sieci i idą za Chrystusem. Trochę dalej napotykają inną grupę rybaków - Zebedeusz wraz ze swoimi synami, Jakubem i Janem, naprawia sieci. Jezus powołuje synów. Zebedeusz będzie musiał sam dokończyć pracę. Od tej chwili również w pojedynkę przyjdzie mu wypływać na Jezioro Galilejskie.

Może nas nieco dziwi postawa tych czterech, a nawet pięciu galilejskich rybaków. Nie proszą przecież - przynajmniej w relacji Mateusza - o żadne dodatkowe wyjaśnienia, szczegóły; nie stawiają warunków, nie żądają gwarancji. Andrzej i Szymon Piotr porzucają sieci; Jakub i Jan porzucają sieci, a ponadto pozostawiają ojca. Cała czwórka idzie na niepewne, nieznane.

Dlaczego opis ewangelisty jest tak bardzo schematyczny? Dlaczego tak łatwo posądzić jego autora o brak realizmu, nieprawdziwość, małe prawdopodobieństwo?

Niektóre z tych wątpliwości mogą stać się podstawą do poważnych zarzutów. Ewangelia wg św. Mateusza nie jest jednak studium psychologicznym Jezusa i apostołów. Nie jest jednak także beznamiętnym i suchym kalendarium z ich życia. Dla każdego wierzącego to przede wszystkim Dobra Nowina, a jeśli tak, to w dobrej, pozytywnej perspektywie powinna być przyjmowana i rozważana.

W sześciu bardzo prostych zdaniach św. Mateusz oddał całą tajemnicę powołania, jakie Bóg kieruje do człowieka. W tym opisie spotykamy mówiącego Chrystusa i milczących ludzi. Ten prosty zabieg pisarski jest jednocześnie komentarzem teologicznym na temat istoty tego, co dokonało się między Chrystusem - Mesjaszem i Zbawicielem a czwórką galilejskich rybaków.

Mateusz przypomina bardzo oczywistą prawdę: Bogu się po prostu nie odmawia; Bogu się ufa - bez domagania się wyjaśnień, bez zbędnych pytań, bezgranicznie. Jeżeli Andrzej, Piotr, Jan i Jakub bez namysłu porzucili sieci, miejsce i narzędzia pracy i bez słów poszli za Chrystusem, to znaczy, że zaufali. Wiedzieli, że tego, co jest po ludzku pewne, nie pozostawiają, dla jakiejś iluzji, fatamorgany. A wybierają drogę trudną, bo - chociaż jeszcze o tym nie wiedzą - pozostawiają ryby, które głosu nie mają, aby spotykać się z ludźmi, którzy słów różnej maści będą dla nich mieli w nadmiarze.

Chrystus potrzebował ludzi, aby przybliżyć plan Ojca. Jakże przekonujące musiało być Jego wezwanie, które skierował do Andrzeja, Piotra, Jana i Jakuba. Pozostali z nim do końca, chociaż nie bez osobistych dramatów.

O wewnętrznych dramatach Kościoła wspomina św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian: Upominam was, bracia, w imię naszego Pana Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli. Dlaczego tak się działo w Koryncie? Może dlatego, że bardziej przekonujący dla niektórych byli ludzi niż Ewangelia Jezusa Chrystusa. I od tamtej pory nic się nie zmieniło. Chrystus nadal chodzi, kieruje do nas swoje zaproszenie, ale w wielu przypadkach bardziej przekonujący jest świat ze swoimi jakże często przewrotnymi argumentami. I myli się ten, kto scenę powołania będzie czytał wyłącznie w kluczu powołania kapłańskiego. Pójdźcie za Mną jest wezwaniem skierowanym do każdego.

 

Propozycja, nie nakaz (4. zwykła)

refleksja na 4. niedzielę zwykłą rok A
Wojtek Kułak

Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, upodobał sobie w tym, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło przed obliczem Boga. (1 Kor)

Ładnie? Ale co z tego, przecież nie widać, nie słychać... Nieraz zdarzyło mi się uczestniczyć w spotkaniach, podczas których słabo działało nagłośnienie. Wtedy ci z przodu relacjonowali: dobrze mówi, mądrze mówi. My z tyłu jednak nic nie słyszeliśmy. Podobna sytuacja ma miejsce w teatrze, kiedy się trafią słabe miejsca. - Ależ wspaniałe przedstawienie! - mlaskają ci z dobrych "pozycji". Ci zaś, których nie słychać i nie widać robią swoje, nie zwracając uwagi na tych, którzy słabo słyszą i mało widzą. Oczywiście, od strony technicznej wiele rzeczy można poprawić. Jednak to, co mówią, przedstawiają, jest bądź może być wspaniałe samo w w sobie - także bez widza i słuchacza.

Dzisiaj Boże Słowo zachęca nas do przyjrzenia się własnemu powołaniu (św. Paweł) w kontekście nauki o błogosławionych wypowiedzianych przez Chrystusa. To bardzo trudna refleksja, między innymi dlatego, że podejmujący ją człowiek, musi uznać, że radykalizm wypływający z wiary ma sens i że wejść na drogę radykalizmu może każdy. Radykalizm ten - przynajmniej w tym przypadku i w moim osobistym odczuciu - polega na mocnym przeciwstawieniu się tzw. logice tego świata. Nie jest to jednak konfrontacja "zbrojna", która owej logice świata ma coś do udowodnienia. To przede wszystkim wybór drogi owych cichych, pokornych, sprawiedliwych, czyniących pokój ze względu na jej wartość dla chrześcijanina. Chrystus mówi, że jest droga ludzi szczęśliwych, droga chrześcijan, na której to szczęście nieustannie znajdują i odnajdują.

Błogosławieni to także ci, którzy pytają: Jakim jestem człowiekiem?, Czy jestem jeszcze człowiekiem?, Czy nie stałem się za bardzo maszyną, która na świat patrzy przez pryzmat kariery, pieniędzy, wygody, rozrywki? Nie każdy musi sobie stawiać takie pytania. Chrystus o błogosławionych mówi też tylko do tych, którzy chcą go słuchać. Jego nauka pozostaje zawsze propozycją, nigdy nakazem.

Droga błogosławionych to droga braci i sióstr, którzy chcą po niej kroczyć - wspólnie. Dzisiaj wspólnot mniejszych i większych jest dużo: wspólnoty ruchów młodzieżowych, Oaza, Neokatechumenat, wspólnoty charyzmatyczne i inne. Trzeba szukać "swoich", aby radzić sobie żyć wśród "innych".

Przed nami ogień i woda (6. zwykła)

refleksja na 6. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania, a dochować wierności jest Jego upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane. Ponieważ wielka jest mądrość Pana, potężny jest władzą i widzi wszystko. Oczy Jego patrzą na bojących się Go, On sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć. - Syr 15,15-20

Wybory. Każdego dnia zmagamy się z nimi. Jedne przychodzą łatwiej, inne... bolą latami. Chcielibyśmy w momencie decydowania mieć pełnię wiedzy, a mamy tyle, ile mamy. I czasami z jej garstką trzeba powiedzieć w głębi duszy „tak” lub „nie”. Potem pozostaje czekać na odpowiedź, którą przyniosą minuty, godziny, a czasami miesiące bądź wręcz lata. Nikt z nas nie lubi zawieszenia, bo zawieszenie jest oczekiwaniem, a zatem niepewnością. Niepewność zaś kosztuje, męczy, nawet jeśli u jej kresu dojrzymy szczęśliwy finał.

Niektóre wybory potwierdzamy każdego dnia. Także te, które nie przynoszą radości, a czasami wręcz są tylko podtrzymywaniem życiowego „paktu o nieagresji”.

Kiedy decydujemy źle, a więc nasze wybory są strzałem obok tarczy, wtedy pojawia się pokusa znalezienia odpowiedzialnego. Wielu wówczas do sklejonej na szybko sądowej sali obrad wciąga samego Boga i wyznacza Mu miejsce dla oskarżonego. - To Ty jesteś winny! – takiego oskarżenia w milczeniu musi wysłuchać Stwórca.

Syracydes w dzisiejszym pierwszym czytaniu stawia się w sytuacji obrońcy Boga wobec wspomnianych rozpaczliwych sądów człowieka. Biblijny autor wyraża to szczególnie w jednym zdaniu: „Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć.” Przypomina tym samym prawdę o tym, że do naszych złych wyborów Bóg nie przykłada ręki, nie pochyla się z nieba nad naszym uchem, podpowiadając wybór drogi, na której nie doświadczę szczęścia. Przy czym jasno sobie trzeba uświadomić: szczęście nie oznacza tzw. łatwego życia, co niestety dla niektórych jest równoznaczne. Konkretni ludzie i ich życie tego nie potwierdzają, wręcz przeciwnie. Ileż razy droga do szczęścia wiedzie przez różnego rodzaju cierpienie.

Trystan Owain Hughes, Walijczyk, anglikański duchowny, kapelan Uniwersytetu w Cardiff, zachorował na bardzo ciężką chorobę kręgosłupa, która została rozpoznana pięć lat temu, kiedy miał 33 lata. Musi z nią żyć. Pozostaje jednak nadal wykładowcą uniwersyteckim i aktywnie żyjącym człowiekiem. W wywiadzie został zapytany o to, czy swoją chorobę traktuje jako plan Boga wobec niego. Odpowiedział: „Nikt nie wie, jakie Bóg ma plany wobec człowieka”. Jednak – jak dalej twierdzi – Bóg ma plan, ma wobec nas jakiś zamiar, nawet jeśli my w danym momencie zupełnie nie potrafimy tego zamiaru rozpoznać i nazwać.

Ów Boży zamiar, z którym musimy się konfrontować każdego dnia, wyrażają inne słowa z pierwszego czytania: „Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę”. Fajnie jest móc wybierać. Czasami ręką sięgamy po ogień, jednak nie po to, aby się ogrzać, raczej żeby się oparzyć. Dlaczego? Może z ciekawości? A może z intuicyjnego przeświadczenia, że nieopodal jest woda, która oparzonemu ciału przywróci pierwotne piękno? Duch będzie się goił jednak zdecydowanie dłużej.

Mentalność zwycięzcy (7. zwykła)

refleksja na 7. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! - Kpł 19,1-2 Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? - 1 Kor 3,16 Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. - Mt 5,48

Czy nie zbyt wysoko Bóg zawiesił nam poprzeczkę? Tyle wyrzeczeń, ograniczeń, zaciskanie pasa, dyscyplina, między innymi myśli, zachowań, popędu. Na Boga patrzymy jak na bezdusznego prawodawcę, który nas ogranicza, próbuje bezwzględnie narzucić własny punkt widzenia. To ten, który w swoim słowie, przekonuje ciągle, że Jego pomysł na nasze szczęście pozostaje wciąż propozycją atrakcyjną, dobrą i skuteczną. My mamy jednak swoje zdanie i nasze jakże bogate przecież doświadczenie życiowe stara się prowadzić z Bogiem dialog, który czasami przybiera formę monologu z naszej strony. Wykrzykujemy nasze racje i mówimy: dosyć, wg norm sprzed tysiącleci dzisiaj żyć się nie da. Potem oczywiście wracamy, bo jeśli przynajmniej raz człowiek przekonał się do mądrości Boga, to z dala od niej długo żyć nie może.

Wróćmy do poprzeczki. „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!” Faktycznie, wyżej poprzeczki zawiesić już nie można. Na drodze do osiągnięcia tego, co nie jest osiągalne, Stwórca zaznaczył wiele innych wysokości, które są składowymi tej wysokości najwyższej. Pokonując każdą następną, mamy świadomość, że droga zdobywania kolejnych wysokości jest drogą nieskończoną. Będąc taką, jest jednocześnie drogą, która przynosi wciąż nowe satysfakcje, ale także nowe wyzwania. Stawać się podobnymi do Boga jest więc zadaniem, które nie ma końca. Co więcej, w tej „dyscyplinie” nie ma kategorii wiekowej, wszyscy występują w kategorii „open”.

Mentalność zwycięzcy, fighter – to określenia, które często są przypisywane wybitnym sportowcom. Zawieszona przez Boga poprzeczka może nas przestraszać. Niektórzy z zasady decydują, że nie będą się z nią mierzyć. Inni czasami markują skok, ale ostatecznie przebiegają pod nią, nie podejmując walki. Pozostaje jednak spora grupa, która nie odpuszcza, chociaż raz strąca, innym razem ociera się o poprzeczkę, z radością patrząc, że ona, drgająca, pozostaje jednak na swoim miejscu. Zdarzają się także w końcu skoki fantastyczne, z dużym zapasem. To po nich najczęściej poprzeczka idzie w górę. I znowu zaczyna się kolejna walka.

Ileż poprzeczek, ileż wysokości do pokonania odnajdujemy w dzisiejszych czytaniach. Jakże ogólne, od którego rozpoczęliśmy tę refleksję, wyznacza nam Księga Kapłańska. Ileż szczegółowych podaje nam Chrystus w Ewangelii. Św. Paweł zaś niezwykle wzniośle mówi o tych, którzy chcą codziennie stawać się świętymi, nazywając ich świątynią: „Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?”

Cóż, nie pozostaje nic innego, jak stanąć do zawodów. Porażki są częścią naszego życia, ale jak bardzo smakują zwycięstwa, zwłaszcza te okupione trudem i goryczą porażek.

 

Precz z tym, co zbędne (8. zwykła)

refleksja na 8. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? - Ewangelia wg św. Mateusza

Poszedłem do parku, aby przyjrzeć się ptakom, bo do tego zachęca nas Jezus w Ewangelii. Ktoś przed chwilą zostawił okruchy chleba przy ławce. Zaczyna się nalot. Dzioby pracują coraz szybciej - walka o byt. Zerknąłem na drzewa, na trawę, która w lutym jest taka, jakby jej nie było. Wysokie wymagania stawia ptakom natura, zwłaszcza kiedy temperatury spadają poniżej 10 stopni. Te natomiast jakże często – jakby nie znały Ewangelii św. Mateusza – postanawiają zaufać także ludziom, instynktownie chyba wierząc, że przez ich okruchy, skwarki i inne „kulinarne specjały” przemawia dobry Stwórca.

Mam mieć ufność ptaka? To chyba źle postawione pytania, bo czy ptak ufa? Może. Zachowuje się jednak tak, jakby ufał. Do takiego podejścia do życia próbuje przekonać nas Jezus. Jednocześnie – szczególnie w tym fragmencie Ewangelii – zachęca do zrobienia solidnych porządków i dokonania selekcji, czyli zdecydowanego powiedzenia: to jest mi potrzebne, a tamto całkowicie zbyteczne; to faktycznie służy, ale tamto jest nieużytecznym dodatkiem; tę rzecz powinienem zatrzymać, tamta zaś była kompletnie pomylonym zakupem.

Punkty do refleksji przygotowane przez Zbawiciela zachęcają, abyśmy z naszych przyzwyczajeń, schematów strzepali to, co jest naddatkiem, zwłaszcza takim, który skupia sam na sobie do tego stopnia, że rzeczy ważne nie są w stanie przebić się na właściwe im miejsce.

Przykład? Jakiż banalny, niestety. Czasami można odnieść wrażenie, że niektórzy zostali stworzeni tylko po to, aby dbać o strój, wygląd, zdobywanie kasy. Ci ludzie wpadają wręcz w pułapkę tak zredukowanego patrzenia na człowieka. Jednym z kryteriów jest „skóra, fura i komóra”.

Ale odrzućmy skrajności i przyjmijmy, że sytuacja z poprzedniego akapitu jest tylko ostrzeżeniem, które w świecie nie znajduje na razie potwierdzenia. Po prostu nie ma ludzi od „skóry, fury i komóry”.

Zaczynam jeszcze raz czytać niedzielną Ewangelię, próbuję dosłownie przełożyć ją ma moje życie. Otwieram więc szafę. Te trzy swetry, dwie koszule i ta jedna para spodni są naddatkiem. Otwieram biurko. W szufladzie jakieś gadżety, stara komórka, ale jeszcze w dobrym stanie, 4 długopisy, inne przedmioty, które miały być potrzebne... Tylko miały, jak się okazało w praktyce. Cóż, naprawę czas zacząć. Ale na biurku jakieś ulotki z promocjami, zapewniające o niezbędności zmywarki, golarki i niszczarki. Nowe technologie, lepsza jakość, większa wydajność, wygodne funkcje. Kuszą, mizdrzą się. Naciągają.

Czy zachęta do obserwacji ptaków czegoś mnie tym razem nauczy? Czy ewangeliczny zdrowy rozsądek weźmie górę nad pogonią za nowością, w której jakże często nic nowego nie ma?

Troska (8. zwykła)

refleksja na 8. niedzielę zwykłą roku A
Andrzej Gołębiowski sdb

Pamiętaj: Do listy tych, o których troszczy się Bóg, jesteś również dopisany!

Chodzą obok siebie bardzo delikatni.
Pytają się wzajemnie: Czy jest ci ze mną dobrze?
Pokazują wszystkim, że się kochają.
Po czym rozpoznać miłość? - pytam najmłodszych w kościele. Wymyślają różne odpowiedzi. Prześcigają się w swoich myślach.
Dziewczynka jakby sama do siebie mówi pod nosem: Przez troskę.
Co to znaczy?
Kochać kogoś to o niego się troszczyć.
Acha, to rozumiem już, co to znaczy, że Jezus przypomina nam jak mantrę: Nie troszczcie się o…
No to super! Śpijmy spokojnie. Jest ktoś, kto się o nas troszczy. On załatwi za nas wszystko. Przecież nas kocha.
A skoro kocha to się i troszczy.

Stop!

Ewangelię czytaj dokładnie! Nie pomijaj słowa ZBYTNIO. W życiu trzeba umieć mieć umiar i we wszystkim wiedzieć, co należy, dlaczego tego nie, do czego to mnie może doprowadzić, co na tym mogę zyskać.

O kogo zatroszczy się Bóg?

Tylko o tych, którzy zrobili już wszystko, co było po ludzku do zrobienia. Resztę pozostawią Jemu. Potrzebują Jego obecności, bo są niewystarczalni w swoich obliczeniach i życiowych kalkulacjach. Wiedzą, że zabieganie w codzienności ma sens, kiedy On biega razem z nami. Przenika nas w swojej obecności, kiedy pozwalamy Mu na to przenikanie. To dlaczego ja tego nie odczuwam na sobie? Dlaczego inni mają lepiej ode mnie? Dlaczego On troszczy się bardziej o innych niż o mnie?

A kto ci powiedział, że bardziej o innych?
Troszczysz się przecież o tych, którzy się o Ciebie troszczą. Troska dopowiedziana na troskę.

Tak właśnie Bóg troszczy się tylko o tych, którzy nawet w małości swojej wiary na to mu pozwolą. Przypomnienie, że jesteś kimś ważniejszym niż wróble, lilie i inne stworzenia musi napełniać wewnętrzną mocą.

Jesteś ważniejszy. Dostaniesz wiele.

Staraj się tylko o Królestwo Boga i Jego sprawiedliwość. Reszta będzie ci dodana.

To Jego obietnica.

Pamiętaj: Do listy tych, o których troszczy się Bóg, jesteś również dopisany!
Włącz subskrypcję

C.F.Z.J. (10. zwykła)

refleksja na 10. niedzielę zwykłą roku A
Andrzej Gołębiowski sdb

Trzeba mieć duże zdrowie, aby chorować. Nikt za tym nie tęskni. Jeśli już, to wtedy tylko jedna nadzieja: dobry i tani lekarz.

Trzeba mieć duże zdrowie, aby chorować. Nikt za tym nie tęskni. Jeśli już, to wtedy tylko jedna nadzieja: dobry i tani lekarz. Taki co to postawi na nogi szybko i bezboleśnie. Poszukiwania takich cudotwórców stają się prawdziwym wyzwaniem dla tych, którzy znalazłszy się w takich sytuacjach, potrzebują tylko jednego - prawdziwych cudotwórców.

Każdy ma swoich ulubionych lekarzy. Sprawdzonych i pewnych. Eksperymenty w tej dziedzinie mało wskazane.

Udając się na takie wizyty do gabinetów lekarskich, jak rytuał trzeba:
- wstać wcześnie rano;
- zarezerwować numerek w rejestracji;
- odebrać numerek, stojąc cierpliwie w kolejce;
- zająć wygodne miejsce w długiej korytarzowej poczekalni;
- lekturą kolorowego magazynu zabić nudę i oczekiwanie;
- odznaczyć się cierpliwością, czekając, kiedy zza drzwi gabinetu ktoś wreszcie wykrzyknie moje imię. Oznacza to że mogę wejść.

Przeszedłszy całą procedurę, nikt nie pojawia się przed obliczem swojego lekarza, aby mu wyznać: Ja tylko tak sobie przyszedłem, właściwie to ze mną wszystko OK., chciałem tylko z moim osobistym porozmawiać, wypytać, jak żyje i czy wszystko dobrze mu się układa.

Całą tę długą procedurę przechodzimy w nadziei na uleczenie. Ta nadzieja to wynik osobistej bezradności, odkrycia: domowymi sposobami i własnymi umiejętnościami nie dam sobie rady. Potrzebuję specjalisty.

Do lekarzy chodzą tylko chorzy i bezradni; oczekujący w nadziei na dobra diagnozę, skuteczne leki i szybki powrót do zdrowia.

Przeczytaj jeszcze raz, tym razem bardziej uważnie słowa Pana Jezusa: "Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników."

Prośba o zdrowie to podstawa większości modlitw zanoszonych do Boga. Odkrycie, że człowieka sam nic nie jest w stanie tutaj zdziałać, każe nam szukać ratunku w niebiosach. Zapewnienie Jezusa, że będzie szukał nas chorych i grzeszników i będzie nas ciągnął ku świętości ma swój przykład w celniku Mateuszu. Nieuczciwy oszust pójdzie za Jezusem, stając się Jego fanatycznym naśladowcą. Dla innych naśladowców napisze Ewangelię, by zrozumieli i uwierzyli, że Jezus jest najlepszym specjalistą od wszystkich chorób: duszy i ciała.

Takiego uzdrowienia i przemiany doznają ci, którzy zapiszą się do C.F.Z.J., czyli Chrześcijańskiego Funduszu Zdrowia Jezusa.
Recepta - moc Boga
Apteka - sakramenty
Lekarz - Jezus
Ośrodek zdrowia - Kościół
Bezpłatna poradnia - każdy kapłan
Efekt - natychmiastowy
Warunek - wiara
Uwaga: Do w/w funduszu są jeszcze wolne numerki.

Kosztowna darmowość (11. zwykła)

refleksja na 11. niedzielę zwykłą roku A
Przemysław Solarski sdb

W świat, w którym ekonomia chce modelować zasady etyczne, wbija się jak klin w pień drzewa albo jak kij w mrowisko Ewangelia Jezusa.

Mówi się, że nic nie jest za darmo. Jeśli chce się coś mieć, trzeba za to zapłacić w ten czy inny sposób. Sprawiedliwość domaga się wyrównywania rachunków. Jeśli chce się godnie żyć, czasem gdzieś wyjechać, aby odpocząć lub pozwiedzać, pójść do kina czy na piwo, należy liczyć się z kosztami. Wszechobecność stosunków towarowych nie zmieniają nawet techniki przyciągania klientów, które bombardują oczy i uszy swoimi produktami typu "gratis" lub "promocja". Darmowe eKonto w mBanku, darmowe sms-y, bezpłatne szkolnictwo, bezpłatna służba zdrowia, 20% soku gratis - mają tyle wspólnego z darmowością, co anoreksja z pięknością.

A jednak zareklamowana darmowość otacza nas każdego dnia, próbując skusić zmęczone wielością ofert mózgi konsumentów. Dziś też technika pomaga w promowaniu pozornej darmowości. Internet otwiera szerokie możliwości powszechnego i darmowego dostępu do dóbr kulturowych, intelektualnych, a nawet duchowych. Przyszłość coraz bardziej popycha nas w stronę darmowości, wymuszanej przez masy lub wykradanej dzięki zmyślności hakerów. Słowa "bezpłatny", "darmowy" czy "gratis" wdzierają się więc w każdą szczelinę. Ten pozór bezpłatności ukrywa jednak transakcję handlową, w której bierze udział klient, dostawca i towar. Żyjemy w świecie pozornej i nieraz wcale nie taniej darmowości.

W tak poukładany świat, w którym ekonomia chce uczynić z człowieka niewolnika swoich praw i modelować zasady etyczne, wbija się jak klin w pień drzewa albo jak kij w mrowisko Ewangelia Jezusa: "Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!". Ale to Chrystusowe "darmo" nie leży na sklepowych półkach, skrywających produkty wcale nie tanie albo tzw. buble. Jezusowe "darmo" kryje w sobie bardzo ważne prawdy.

Darmowa jest Boża łaska, miłość, nadzieja, wiara, usprawiedliwienie, zbawienie. Darmowa oznacza dostępna dla każdego, kto jej zapragnie. Jest na wyciągnięcie ręki - przede wszystkim w darze Eucharystii. Darmowa łaska jest Bogiem, który się oddaje człowiekowi za darmo, bez płacenia, bez zasługiwania na Jego miłość i łaskę. Bóg jest dostępny dla każdego w postaci białego Chleba eucharystycznego, spożywanego lub adorowanego. To nam przypomina, że tak naprawdę nie wszystko w życiu można kupić. To, co najcenniejsze - życie, miłość, przyjaźń, obecność, rodzinny dom czy niebo, pozostaje poza regułami handlu, jeśli chce obronić swoją autentyczność i świętość. Ich darmowość nie równa się bylejakości, ale oznacza otwarcie na każdego człowieka i na samego Boga.

Darmowa łaska Boga jest jednak drogocenna, bo zanim stała się dostępna każdemu, zapłacono za nią cenę najwyższą z możliwych: opłacono ją Życiem i Krwią samego Boga. Za nasze darmowe szczęście i zbawienie zapłacił Chrystus wysoką cenę. Krzyż jest paragonem, który przypomina o tej prawdzie.

Kosztowna darmowość, z jaką Bóg wychodzi nam naprzeciw, powinna zadziwiać i motywować. Czy ja umiem uczynić ze swojego życia, ze swojego czasu, za swoich zdolności dar darmo dany dla Boga i bliźniego? A może już tylko potrafię wystawiać na sprzedaż poszczególne sfery mojego życia? Jakiej części zdecydowany jestem bronić, aby ocalić jej bezcenną darmowość?

Żniwo królestwa Bożego wprawdzie wielkie, ale robotników mało. A może to ja poproszę Pana żniwa, żeby mnie wyprawił jak robotnika i stanę się Jego apostołem? Teraz jest dobry czas - Boża promocja - kiedy Bóg rozdaje za darmo bezcenną łaskę powołania do życia kapłańskiego lub zakonnego. Możesz stać się szczególną własnością Jahwe. Możesz być Bożym zlitowaniem nad znękaną i porzuconą owczarnią bez pasterza. Twoje życie możesz uczynić kosztowną darmowością dla innych, zupełnie tak jak Jezus, który umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami, i przez którego Krew zostaliśmy usprawiedliwieni. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie samych siebie!

Potrzeba do pracy (11. zwykła)

refleksja na 11. niedzielę zwykłą roku A
Andrzej Gołębiowski sdb

Bo był w Jego życiu kiedyś taki dzień, w którym powiedział: Pójdę, Panie, tylko za Tobą.

Zatrudnię kierowcę, sprzątaczkę, księgową, murarzy, do zbierania truskawek, do opieki nad dzieckiem. Ogłoszenia o pracę drukowane w gazetach. Dam, poszukuję, dobra oferta, można zarobić.

Boję się, że kiedyś jakaś z nich wydrukuje ogłoszenie:
- Pilnie poszukujemy kapłana do sprawowania sakramentów świętych.
- Parafia zatrudni księdza do towarzyszenia ludziom w codziennych rozterkach życia.
- Pilnie wynajmę duchownego.

Jadąc polskimi drogami, zachwycam się zielenią łąk i zbóż. Kiedyś będzie czas na żniwa. Wyjadą maszyny, aby zbierać plony.

Patrzę na otaczających mnie ludzi. Dźwigają ciężary swojego życia. Nawet późną nocą piszą maile, opisując swoje dramaty. Zadają pytania. Szukają drogowskazów. Czasem chcą tylko komuś to wszystko powiedzieć. Czy za… lat będą mieli taką szansę, aby ktoś ich wysłuchał, jeśli nie pójdą nowi żniwiarze na pola Kościoła?

Żniwo Boga.
Otwarta oferta dla żniwiarzy.
Poszukiwani pracownicy dla pól Ewangelii.
Ktoś się dziwi: dlaczego są miejsca, gdzie nie ma już kapłanów?
A są tam tacy, co o nich proszą?
Jezus mówi: Proście Pana żniwa.
Wyprawi ich?
Wyprawi, jeśli będą prosić.

Franco Zeffirelli w filmie "Jezus z Nazaretu" pokaże piękną scenę wyboru apostołów. Kamera uchwyci wzrok Jezusa skierowany prosto w oczy tych, których imiona wymienia Ewangelia. Pokaże uścisk przyjaźni i zaufania dla dwunastu niczego jeszcze nie rozumiejących chłopaków, pełnych wiary i zaufania. Chwila emocji oddala nawet pytania o wątpliwości i cel misji. Brak zrozumienia, co to znaczy wyrzucać złe duchy i na chorych kłaść ręce, aby odzyskali wzrok. Co to znaczy wskrzeszać do życia tych, których życie się już zakończyło.

Kiedy pisałem podanie do nowicjatu salezjańskiego, też nic nie rozumiałem. Nie rozumiałem, co to znaczy, że On mnie wybiera i powołuje. Nie rozumiałem, jak mam młodym mówić, że warto w swoim życiu w "coś" zainwestować. Nie rozumiałem, jak mówić, że ktoś dla nas żyje, umiera, zmartwychwstaje i nosi imię Jezus.

Nie rozumiałem.

Dałem sobie szansę, że kiedyś to zrozumiem. Apostołowie też dali sobie szansę. Ta decyzja sprawiła, że masz dzisiaj tych, o których mówisz: mój ksiądz, mój katecheta, mój spowiednik, mój powiernik życiowych tajemnic, mój przewodnik życiowych dróg, mój duchowy przyjaciel.

Dlaczego możesz o nim powiedzieć mój?

Bo był w Jego życiu kiedyś taki dzień, w którym powiedział: Pójdę, Panie, tylko za Tobą.

Dlaczego poszedł?
Bo ktoś o niego prosił. Bo widział, że jesteś jak owca bez pasterza. Błąkasz się i szamocesz. Szukasz i nie znajdujesz. Pytasz i nikt ci nie odpowiada.

Daj też szansę innym. Inni też kiedyś chcą spotkać takich, o których powiedzą: Fajny ksiądz.

Żniwo Pana nie może zarastać ugorem.
On wyprawi.
On powoła,
PROŚ!

Przyznać się do Jezusa (12. zwykła)

refleksja na 12. niedzielę zwykłą rok A
Przemysław Solarski sdb

Pokusa łatwizny w życiu uczniów Chrystusa jest wciąż aktualna. "Czy i wy chcecie odejść?"

Według mądrości ludowej sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Faktycznie łatwo jest się przyznać do znajomości z kimś sławnym, bogatym, pięknym czy silnym, przy którym przeciętny, szary człowiek musi zadowolić się rolą, jaką spełnia tło w obrazie. Łatwo być kibicem pierwszoligowego klubu, który z meczu na mecz świętuje triumf, niż pozostać wiernym drużynie skazanej na spadek z powodu kiepskiej passy lub przestępstw korupcyjnych. Proza życia faworyzuje łatwiznę i powierzchowność. Wygoda wygrywa z zaangażowaniem.

Łatwo było Izraelitom stanąć przy Jahwe, Panu Zastępów, który wyprowadził naród wybrany z niewoli egipskiej i jak potężny mocarz wielokrotnie ratował mu skórę. Dużo trudniej było wiernie przestrzegać przepisów Prawa i nauczania proroków w codziennym życiu. Niełatwo przyznać się do Boga wymagającego wierności przymierzu, gdy za plecami czyhają bóstwa kuszące tanią przyjemnością i próżną wygodą. W konsekwencji zamiast rajskich owoców błogosławieństwa człowiek zaczął kosztować plonu grzechu i śmierci. Izraelici sami przekonali się, że "szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą".

Nie inaczej było za czasów Jezusa. Rozmnożony chleb czy uzdrowione ciało przyciągały tłumy do Niego. Głoszone z sukcesem mowy, które poruszały serce, magnetyzowały otoczenie. Jednak radykalizm wymagań płynących z wiary sprawiał, że łatwa darmowość Bożej dobroci wraz z "wypływaniem na głębię" stawała się "ciasną bramą i wąską drogą, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują". I znów łatwizna podnosiła dumnie swój pyszny łeb. Ostatecznie dla wielu łatwiej było krzyknąć "ukrzyżuj", aniżeli otrzeć twarz lub ponieść krzyż, albo przynajmniej towarzyszyć dobrocią współczującego serca i szczerych łez. Pozorna porażka Jezusa szybko zweryfikowała autentyczność postaw tych, którzy szli za Mistrzem z Nazaretu.

Pokusa łatwizny w życiu uczniów Chrystusa jest wciąż aktualna. "Czy i wy chcecie odejść?" - pyta nas Pan każdego dnia, gdy jakość naszej wiary i życia moralnego niebezpiecznie się obniża do wskaźnika stanu alarmowego. Bo przecież i nam łatwiej jest nieraz siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą, niż przyznać się do Niego. Nie chodzi tu tylko o pobożne wyrecytowanie mszalnego Credo wraz z innymi, czasem zupełnie automatycznie na zasadzie bycia niesionym prądem rzeki. Być może nigdy nie zastanawiam się, czy ja przyznaje się do Jezusa przed ludźmi. Albo czy nie paraliżuje mnie strach przed wypadnięciem ze standardów współczesnego, coraz bardziej zsekularyzowanego, świata. Cóż to oznacza: przyznać się?

Przyznać się to znaczy kogoś znać i dać temu wyraz. To znaczy zaświadczyć życiem o bliskim związku z kimś. Niekoniecznie nawet ginąc śmiercią męczeńską. Przyznaję się do Jezusa, kiedy myślę, mówię, czuję i robię jak On. Nie w sensie kopiowania człowieka sprzed ponad dwóch tysiącleci. Chodzi raczej o tę samą intencję, z jaką Pan stawał naprzeciw Ojca i ludzi. Modlitwa i dobry czyn przeplatały się jak dwie nici DNA i dopiero wówczas tworzyły prawdziwy obraz Boga-Człowieka. Notabene jest to także nasz pierwotny obraz, który grzech mocno zanieczyścił.

Odwaga przyznania się do Jezusa winna być cechą charakterystyczną ucznia. Nieważne, czy jestem sam, czy z innymi: w kościele, w pracy czy w domu, robiąc to czy tamto - przyjmując konkretną postawę, opowiadam się za lub przeciw Niemu. Albo modlę się, uczestniczę w Eucharystii i żyję zgodnie z wartościami chrześcijańskimi, albo trzęsę się jak osika przy każdej okazji, w której żąda się ode mnie uzasadnienia nadziei płynącej z krzyża i zmartwychwstania. Wybór dzisiejszy należy do mnie, tak jak sukces lub porażka w ostatnim dniu mojego cielesnego życia. Łatwo jest dziś zrezygnować z wymagań Ewangelii. Znacznie trudniej będzie kiedyś spojrzeć Jezusowi w twarz. Czy wówczas przyznamy się do siebie nawzajem…?

Boga wysławianie (14. zwykła)

refleksja na 14. niedzielę zwykłą roku A
Przemysław Solarski sdb

Tak, trzeba nam za Jezusem wysławiać Ojca. Za to, że w swojej dobroci obdarzył nas światem stworzonym, ciepłą dłonią mamy, pełnym zrozumienia spojrzeniem przyjaciela, zapachem truskawek i śpiewem ptaków o 4 nad ranem.

Zdumiewające są słowa modlitwy, którą Jezus kieruje do Ojca w obecności zebranych słuchaczy: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie". W tym prostym wyznaniu Syn pokazuje prawdziwe oblicze Boga - kochającego Ojca. A człowieka uczy takiej postawy, która jak klucz otwiera skarbiec Bożych łask. Prostota przed Panem pozwala czuć się Jego dzieckiem, a doświadczenie dziecięctwa prowokuje wysławianie dobroci Boga.

Stwórca nieba i ziemi nie zawłaszczył sobie zazdrośnie bogactw tego świata, ale je oddał człowiekowi, aby mu służyły i pozwalały się rozwijać. Ludzie jednak - kuszeni przez szatana i słabi w swojej woli i rozumowaniu - nieustannie wykrzywiają dar wolności i niszczą raz po raz dzieło Boga. Najbardziej niebezpieczną pułapka dla każdego człowieka stanowią władza i pieniądze. Żądze panowania i posiadania zaślepiają ludzkie serce, korodują sumienie, degenerują wrażliwość. Ileż jest osób poniżonych przez własnych szefów, przełożonych, starszych czy silniejszych dla potwierdzenia własnej potęgi? Ileż jest ludzkich historii wykorzystywania, oszukiwania, manipulowania dla zysku? Jak bardzo łatwo człowiek pozwala, aby jego życiem rządziły relacje zdominowane przez myślenie utylitarystyczne, w którym liczy się bilans zysków i strat. Jak szybko z pozycji wartości duchowych schodzi się do poziomu konsumpcji i konformizmu. Jak spokojnie zasypia się ponad biedą braci i sióstr bezdomnych, głodnych, osamotnionych, skrzywdzonych, uzależnionych, tych z marginesu i innych złych dróg. A przecież od tylu już lat głosi się człowiekowi te same słowa pokornej i pełnej zachwytu modlitwy Jezusowej: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie".

Tak, trzeba nam za Jezusem wysławiać Ojca. Za to, że w swojej dobroci obdarzył nas światem stworzonym, ciepłą dłonią mamy, pełnym zrozumienia spojrzeniem przyjaciela, zapachem truskawek i śpiewem ptaków o 4 nad ranem. Za to, że dał nam Jezusa - tego na krzyżu, który nadaje sens naszemu cierpieniu i śmierci, tego zmartwychwstałego, który wygrywa z naszym lękiem o przyszłość i pozwala zaśpiewać radosne "Alleluja!", tego wreszcie, który w ciszy adoracji Sakramentu Eucharystii przywołuje utrudzonych i obciążonych, aby ich pokrzepić chlebem życia. Dalej za to, że nie musimy wypełniać podania, dołączać dwóch fotografii i czekać na ustalony termin, aby spotkać się z Bogiem, bo On sam wychodzi nam naprzeciw. Za to, że nie musimy zakładać maski niewinnego i usprawiedliwiać się wszelkimi sposobami, aby być w Jego obecności, bo możemy zawsze liczyć na balsam Jego przebaczenia. Za to, że Ewangelia jest tak prosta i wykonalna dla każdego, kto tak naprawdę chce nią żyć, a wielu było takich, co zechcieli. Za to, że przykazania są logiczne i służą naszemu dobru, chronią nasze życie i pozwalają trzymać się bezpiecznie na wyznaczonej drodze. Za to, że modlitwa ma moc większą niż przenoszenie gór. Za to, że nie ma nic większego od miłości - bo Bóg jest miłością.

Jest tyle rzeczy, które można by dopisać do tej "litanii wysławiań". Aż rośnie w duszy zdumienie, a ze zdumieniem pokora. Bo jakże to, Panie Boże, tak się spoufalać z człowiekiem? Tak, dziecko, gdyż takie było Moje upodobanie! - odpowie sprawiedliwy, zwycięski, cichy i pokorny Pan. Daleki od zarozumialstwa bogatych i silnych. Bliski każdemu, kto w Nim pokłada nadzieję. "Będę Cię wielbił, Boże mój i Królu, i sławił Twoje imię przez wszystkie wieki. Każdego dnia będę Ciebie błogosławił i na wieki wysławiał Twoje imię".

Idziemy na setkę (15. zwykła)

Refleksja na 15. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. - Iz 55,10-11

Do czego dzisiaj zachęca nas Jezus Chrystus? Chyba do przejrzenia się w lustrze. Pierwsze czytanie w sposób niezwykle precyzyjny zapowiada przypowieść o siewcy, jest uwerturą do niej. Te słowa proroka Izajasza zachęcają do postawienia przed sobą lustra, w którym zobaczę moją postawę wobec słowa Boga.

Właściwie powinienem napisać: Słowa i słowa. Dlaczego? Bo najważniejszym Słowem jest to, które stało się ciałem, Jezus Chrystus. To Słowo nie tylko przemawiało, jak chociażby opowiadając przypowieść o siewcy, ale pozwoliło się zobaczyć. Człowiek, kiedy przyszła pełnia czasów, wszystkimi zmysłami doświadczył Słowa. Dla nas dzisiaj pozostaje Ono wciąż tym samym Słowem, chociaż inaczej je smakujemy. Słuchamy go słuchając i słuchamy go czytając. Patrzymy na nie, bo jest obecne pod postacią chleba i wina w Eucharystii.

Dlaczego „słuchać”, a nie „czytać”? Nasz język świetnie nam podpowiada uzasadnienie dla „słuchać”. „Słuchaj rodziców”” - to jakże częsta zachęta, jaką otrzymują dzieci. „Posłuchaj mojej rady!” - w duchu pełnej życzliwości zachęca nas przyjaciel, którego poprosiliśmy o pomoc. W takim sensie „słuchać” i „posłuchać” to zestroić się z intencją osoby, która kieruje do nas słowo. Zatem kiedy słucham Słowa i słowa Boga, wtedy zestrajam się z nim samym. Skalę owego zestrojenia podaje Jezus w przypowieści z dzisiejszej ewangelii. On, będąc Słowem Ojca, maluje nasze portrety, które w sposób fantastyczny oddają dynamicznie relację my – Słowo/słowo.

Jedni z tego portretu, który zobaczą w lustrze, będą się cieszyć, ale innych może on bardzo zasmucić, a może nawet przerazić. W tym wypadku nigdy jednak nie jest za późno na poprawienie słuchu. Kiedy poprawimy słuch, czyli przede wszystkim stworzymy sobie okazje do słuchania, wtedy trzeba pomyśleć o tym, co dalej z usłyszanym słowem.

Jakieś życzenie? Znaleźć się wśród tych, którzy otrzymali plon trzydziestokrotny? Niby to już coś, ale idźmy na setkę.

Słowo o słowie (15. zwykła)

refleksja na 15. niedzielę zwykłą roku A
Przemysław Solarski sdb

W tym posługiwaniu się słowem jakże inni jesteśmy często od Boga. A moglibyśmy się od Niego sporo nauczyć. Wszak On zrodził Słowo.

Jezus mówi nam o słowie. Niby wiemy, czym jest słowo i jakie ma znaczenie dla nas. Kiedy się zastanowimy, potrafimy też powiedzieć, jakie skutki może mieć rzucone słowo. A jednak tak rzadko włączamy cnotę roztropności, gdy wypowiadamy słowa. Szastamy słowem na lewo i prawo, nie bacząc na konsekwencje, które i tak nastąpią.

W tym posługiwaniu się słowem jakże inni jesteśmy często od Boga. A moglibyśmy się od Niego sporo nauczyć. Wszak On zrodził Słowo. I na początku wszystkiego było to Jego Słowo - Boży Syn. Przez Niego Ojciec przemówił i stworzył góry, lasy, rzeki, stokrotki, papugi i zające, a wszystko to było dobre. Przez Niego stworzył tez człowieka. Potem wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał do ludzi, którzy jednak "oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się". Nastał wreszcie czas, żeby zawołać głosem potężnym jak krzyk Ukrzyżowanego: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?!". Bóg wykrzyczał swoja miłość do człowieka przez wcielone Słowo.

Słowo Boga jest często inne od naszego. Może najbardziej jeszcze przypominamy Boga, gdy wypowiadamy słowa modlitwy. Bo zwykle one są szczere, nawet jeśli nieudolne. Już trudniej ze słowami przysięgi czy słowem honoru. Jak brutalnie często łamie się dziś np. słowo przysięgi małżeńskiej. Ile też jest słów kłamliwych albo bezpłodnych w orbicie naszej komunikacji. Stanisław Jerzy Lec w zbiorze swoich aforyzmów zanotował: "Obserwujemy ciekawe zjawisko: bełkot jako środek porozumiewawczy miedzy ludźmi". Jak wiele slow obmowy i oszczerstwa wypowiadają nasze usta. A ile wulgaryzmów, przekleństw i bluźnierstw produkuje nasz język każdego dnia.

Słowo jest podstawowa częścią mowy, a jego pisanym odpowiednikiem jest wyraz. Za pomocą słów określamy wszelkie pojęcia rzeczywiste i abstrakcyjne, także myślimy na ogół słowami. Wiele słów składa się na mowę. Słowo to znak jeżyka. No właśnie, słowo to znak. U Boga słowo to znak miłości, dobroci, troski, miłosierdzia, ale tez mocy, sprawiedliwości, upomnienia. A czym jest słowo w moim życiu? Jak się nim posługuje? Czy aby nie profanuje słowa, które swój początek bierze od samego Boga? Czy moje słowo nie jest bezowocne, bez pokrycia w czynach, albo co gorsza, rodzące zło, grzech, krzywdę?

Jezus mówi o słowie. Nie byle jakim tez, bo nie strzępi języka na czczą gadaninę. Chrystus mówi o ziarnie, którym jest słowo o królestwie. Temu słowu winno być podporządkowane wszystko w życiu chrześcijanina, bo jest to słowo prawdy i życia. A głoszenie tego słowa - Ewangelii królestwa - jest obowiązkiem każdego ucznia Jezusa. I jeśli się słucha i żyje słowem Bożym, to dużo łatwiej zadbać o to, by ludzkie słowo z nim współbrzmiało. Taki tez człowiek wydaje swój plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. Prawda czy fałsz, błogosławieństwo czy przekleństwo, modlitwa czy bluźnierstwo - oto dwie drogi do wyboru słowa. Lecz pamiętajmy: "słowo, które wychodzi z ust Boga, nie wraca do Niego bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciał, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa". Wciąż jest to słowo zaproszenia do wspólnoty z Bogiem i bliźnimi. Potem będzie to słowo ostatecznego sadu. "Kto ma uszy, niechaj słucha!"

Realizm najwyższej próby (16. zwykła)

Refleksja na 16. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Skąd więc wziął się na niej chwast? Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. - Mt 13

Ach, jak czasami zabralibyśmy się za zło obecne wokół nas w różnej postaci. Pierwsza z trzech przypowieści ostudza nasze bojowe nastawienie. Co więcej, ostrzega przed takimi czynami. Pan Jezus jest realistą. Wie, czym się może skończyć obcowanie ze złem, nawet jeśli temu towarzyszy szczytny cel. Opisuje to obrazowo: „byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy.” Tym samym Jezus szczególną uwagę poświęca ludziom, którzy chcą dobrze żyć i na nich pragnie skoncentrować uwagę innych.

Łatwo zaniedbać dobrych siostry i braci na rzecz tych, którzy dokonali diametralnie innego wyboru w swoim życiu. Kto jest dobry i kto jest zły? Trudne rozróżnienie. Łatwiej na polu odróżnić chwast od zboża niż jednoznacznie wskazać, kto jest dobry, a kto jest zły. Może dlatego razem muszą żyć. Pan Jezus daje jednak definicję złego i to bardzo precyzyjną. To ten, który robi wszystko, aby dobry nie mógł być dobry. Trochę masło maślane, ale prawdziwe. Wróćmy do obrazu z Ewangelii. Kąkol robi wszystko, żeby zagłuszyć pszenicę, żeby nie mogła rosnąć, żeby nie przyniosła plonu, czyli robi wszystko, aby pszenica nie była potrzebna. Chrońcie pszenicę, bo ona jest na polu najcenniejsza, na zdecydowanie oddzielenie jej od kąkolu przyjdzie czas - woła Mistrz z Nazaretu.

Jak w takich warunkach żyć?! - z wyrzutem niektórzy wykrzykną. Pan Jezus w takich sytuacjach bezwzględnie i zdecydowanie wskaże na pszenicę. Po raz kolejny wyróżniając ją i wynosząc na piedestał. Nią się zajmij – przypomni. I być może jeszcze raz opowie przypowieść o pszenicy i kąkolu.

Tożsamość (16. zwykła)

refleksja na 16. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: "Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc się wziął na niej chwast?"

Szukam chwastów. Czy dlatego, że sam czuję się złotą, dorodną pszenicą? Chwasty to zatem to tylko inni? Tak, czasami tak właśnie najłatwiej jest powiedzieć, bo niby dlaczego ja mam być tym, który wszystko psuje? Psują raczej inni: szpecą na przykład zaledwie odnowione wiadukty, świeże tynki na blokach, piękne ściany, których w czystych pastelach było tak do twarzy. Nie pozwalają, aby mogło być ładnie i pięknie. Czy łatwo przystać na taką estetykę? Jej akceptacja to przyzwyczajenie się do współegzystowania piękna i brzydoty, czystości i brudu, ale także trudu i bezmyślnego niszczenia. Efekt ostateczny - niektórzy myślą, że inaczej już być nie może.

To oczywiście przykład banalny. Chwastów jest cała masa... Obok nas i w nas. I tak będzie do końca.

Pamiętam jeden z dialogów dramatu Ireneusza Iredyńskiego "Ołtarz wzniesiony sobie".

Piotr M.: Powinieneś napisać sztukę o demonizmie.. Na olbrzymią scenę... Diabeł albo diabły powinny występować w ludzkich postaciach. Być namacalne, zwyczajne.
Tartyk: Nie interesuje mnie symbolizm.
Piotr M.: Ja mówię o realizmie... Realistyczna sztuka o zarażaniu demonizmem... Tak jak się zaraża katarem...
Tartyk: I na czym ten demonizm miałby polegać?
Piotr M.: Nie wiesz.
Tartyk: Może być tyle rodzajów zła...
Piotr M.: Wszystkie mają wspólną cechę. Zniwelowanie znaków dodatniego i ujemnego. Uwiąd wartości.
Tartyk: A konkretnie?
Piotr M.: Zarażeni chcą zniszczyć wartości ludzkie.
(...)
Tartyk: Sam to napisz.
Piotr M.: Nie potrafię... (ściszając głos) Jestem zarażony... Bo demonizm to stan, w którym nie istnieje prawda... Ty jeszcze masz szansę... Być może nie jesteś zarażony.

Zarazić, zniwelować różnicę między dobrem i złem, pięknem i brzydotą - chwasty starają się o to bardzo; tak naprawdę po to są. Chwast nie lubi pszenicy, chociaż dzięki niej żyje. Przypowieść mówi jednak zdecydowanie: zły człowiek sieje chwast, czyli... człowiek człowiekowi wilkiem. I to jest chyba najbardziej gorzki wniosek przypowieści. Ale jest i inny, życiowy: pszenica - chociaż obok niej rośnie chwast - musi zachować swoje piękno, swoją wartość, swoją tożsamość; musi się przebijać, walczyć o swoje, czyli pozostać po prostu pszenicą.

Nie głaszcze nas Pan Jezus. Czyni coś znacznie pożyteczniejszego - mówi prawdę.

Być jak Salomon (17. zwykła)

17. niedziela zwykła
Wojtek Kułak

Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie. - 1 Krl 3

Być potrzebnym – to niewątpliwie pragnienie wielu ludzi. Posiadać wiele – to też pragnienie wcale nie nielicznych. Są jeszcze inne pragnienia i życzenia, każdy ma swoje.

Próbuję wyobrazić sytuację podobną do tej z pierwszego czytania. Bóg daje mi możliwość wyraźnego sformułowania życzenia: „Proś o to, co mam ci dać.” O co bym poprosił? Zależałoby to zapewne od tego, co w tym momencie miałbym w głowie i sercu. Gdybym wówczas myślał wyłącznie o moim dzisiaj i jutro, to moja prośba byłaby karykaturalnie mizerna. Bo o co bym poprosił – o pomyślnie zdane egzaminy, o pracę po studiach, o to, żeby ktoś mnie pokochał z odwzajemnieniem, o to, żebym także jutro był zdrowy? Oczywiście, są to pożyteczne – z naszego punktu widzenia – prośby.

Salomon już w chwili ukazania się Boga „w nocy, we śnie” jest człowiekiem, który posiada dar szerokiego patrzenia. Zdaje sobie sprawę, że przed nim niezwykłe zadanie, ma przecież rządzić, a zatem wziąć odpowiedzialność za cały naród. W tym momencie nie myśli o sobie, a jeśli nawet myśl o sobie, to w kontekście bycia potrzebnym innym. I dlatego prosi o dar roztropności, bo wie, że będzie go bardzo potrzebował jako król Izraela. Jego prośba naturalnie łączy się z misją, do której został wybrany, i co za tym idzie z powołaniem, które otrzymał. Prosi zatem o dar, który będzie darem nie tylko dla jego samego, ale dla całego narodu. Jego mądre rządzenie przysporzy radości i dobra – także materialnego – całemu społeczeństwu.

Trudno czasami wyjść ze skorupy teraźniejszości, także wtedy, kiedy stajemy przed Bogiem na modlitwie, ponieważ „dziś i teraz” zazwyczaj krzyczą tak głośno i tak bezwzględnie domagają się interwencji z góry. Jakże pożądaną w takich chwilach jest długomyślność, czyli cnota pozwalająca czekać cierpliwie na owoc własnej pracy, cnota, która jest spokojnym oczekiwaniem na dobro, które nadejdzie. To cnota, która nie ogranicza się do „teraz”, ale w „teraz” potrafi dostrzec przyszłość, nawet jeśli jest ona naszpikowana znakami zapytania i niepewnościami.

Do takiego myślenia zachęca nas także dzisiejsza ewangelia. Zajmowanie czasu rozważaniami o królestwie niebieskim – w świetle tego, co dostarcza nam codzienność – wiele razy wydaje się naprawdę bezzasadne. Lista teraźniejszych spraw jest tak długa, że te niebieskie muszą stale czekać. Niestety, jakże często zapominanie o królestwie niebieskim prowadzi do tragedii, i tych w skali mikro, jak i tych w skali makro. Odwrócenie porządku może prowadzić do chaosu, który z kolei doprowadza do niepotrzebnych napięć i nieporozumień. Dlaczego? Bo porządek z „teraz” jako podstawowym kryterium odniesienia często nie dopuszcza zupełnie porządku niebieskiego, nie pozwala zabrać mu głos w sprawach istotnych.

Jezus do innej postawy zachęca nas w szóstym rozdziale Ewangelii wg św. Mateusza: „Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”.

Chciałbym posiadać mądrość Salomona? Chciałbym, aby rządzący posiadali mądrość Salomona? W obu przypadkach trzeba przyjąć jedno podstawowe założenie, to przytoczone we wcześniejszym akapicie.

Wybór (17. zwykła)

refleksja na 17. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra i zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny? (1 Krl)

Otrzymać od Boga pochwałę z powodu dobrego wyboru - to się nazywa mieć szczęście. Jednak wcześniej trzeba dobrego wyboru dokonać...

Kolejna "przypowieściowa" niedziela. Tym razem o skarbie w ziemi, o perle, o sieci pełnej ryb... I to wszystko porównane do królestwa niebieskiego, które nie ma wartości, nie ma ceny, jest skarbem największym. Piękne przypowieści, jednak w mojej pamięci, po lekturze dzisiejszych czytań, to opowieść o Salomonie nie daje spokoju. Może dlatego, że tyle razy zastanawiałem się, o co prosić Boga na modlitwie, o co prosić przy okazji szczególnych wydarzeń. Kiedy jednak prosiłem, nie byłem pewny, czy dokonuję dobrych wyborów, to znaczy tych najlepszych, czyli czy proszę o to , co najbardziej jest mi potrzebne. Nigdy oczywiście Pan nie przyszedł do mnie we śnie, tak jak to uczynił w życiu Salomona, i nie zaspokoił wprost mojej ciekawości. Jednak nie powinienem zrzędzić, bo ileś drobnych potwierdzeń znalazłbym. I na pewno każdy je znajdzie, jeśli tylko zechce je znaleźć.

O co prosi Salomom? O rzeczy fundamentalne z punktu widzenia rządzenia Izraelem. Tak naprawdę jednak o jakże uniwersalne dary prosi: "Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra i zła". Mądra prośba, bo to prośba o mądrość, ale nie ze względu na mądrość samą w sobie, ale ze względu na możliwość korzystania z niej dla dobra narodu, na czele którego Pan postawił Salomona.

Chyba tutaj jest sedno prośby Salomona i jednocześnie pochwały, którą za jej wybór otrzymuje. Mówiąc krótko: prośba Salomona nie jest egoistyczna; na pierwszym miejscu jest misja, obowiązek, naród, powinność, dobro państwa... Młody król chce jak najlepiej służyć swoim rodakom, chce rządzić mądrze i wie, że bez rozsądku i daru rozróżniania dobra od zła to wszystko spełnić będzie niezwykle trudno.

Oczywiście mechanicznie możemy przenieść tę refleksję wyłącznie na rządzących, uśmiechnąć się pod nosem i westchnąć ze współczuciem. Jeśli tak zrobimy, to nigdy do tej lektury nie wracajmy, szkoda czasu.

Jesteśmy na etapie szukania ziemi pełnej skarbów, drogocennej perły, mnóstwa ryb, które wręcz będą rozrywały sieci. Poszukujemy królestwa, mając świadomość, że ono jest i to tak blisko nas. Jak się do niego zbliżać? Jak cieszyć się jego obecnością? Salomon znalazł i skarb, i perłę, i mnóstwo ryb. Tak, celne wybory to wielki skarb. Ileż byśmy dali, aby z błyskiem w oku móc rozróżniać w pełni dobro od zła i opowiadać się za pierwszym. Ileż byśmy dali, aby posiąść rozsądek w takim stopniu, żeby myśleć o sobie w kontekście przydatności dla innych.

I nic więcej? Pewnie nic, bo to już jest skarb, za który warto oddać całą kasę świata.

Niewiele to też dużo (18. zwykła)

refleksja na 18. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj!

Pięć chlebów i dwie ryby - to naprawdę niewiele, zwłaszcza gdy nimi trzeba nakarmić tłumy. Ten pomysł Jezusa powinien raczej wywołać uśmiech politowania na twarzach apostołów. Są zdziwieni, ale i posłuszni. To właśnie oni muszą zanieść pożywienie zmęczonym ludziom. To nimi posługuje się Chrystus, a On sam "tylko" błogosławi. Troska Jezusa o zgłodniałych ludzi jak wiele mówi o Bogu, który blisko siebie chce mieć człowieka zasłuchanego w jego słowa. Jakże przecież trudno słuchać, kiedy burczy w brzuchu i człowiek nie myśli o niczym innym, jak tylko o pajdzie chleba.

Kilka dni temu widziałem film o papieżu Janie XXIII. Wciągnął mnie bardzo. Z punktu widzenia sztuki jakieś niesamowite dzieło to nie jest, ale pomaga zrozumieć decyzje tego wielkiego papieża. Zacząłem oglądać film w momencie, kiedy ten "Proboszcz świata" rozpoczynał swój pontyfikat. W jednej ze scen czytają papieżowi doniesienia prasowe, wśród których pojawia się często sformułowanie "papież przejściowy". Na to Jan XXIII odpowiada: "Czuję się jak część zamienna, która czeka na nadejście nowego samochodu". Nie zraża się tym jednak i cały czas stawia sobie pytania: co mogę zrobić dla Kościoła; jak otworzyć Kościół na świat; jakim językiem Kościół powinien mówić do ludzi; jak utrzymać pokój na świecie. Takie pytania stawia sobie człowiek, który dobiega osiemdziesiątki.

Te jego podeszłe lata i postępująca choroba to było tych pięć chlebów i dwie ryby. Jakże niewiele wobec problemów, naprzeciwko których stanął. Nikt go nie popędzał, przeciwnie, wielu - w tym jego najbliżsi współpracownicy - próbowali go powstrzymać, odwieść od podjętych decyzji. A on dzielił chleby i ryby: przyjął na audiencji arcybiskupa anglikańskiego, córkę Chruszczowa, starał się o uwolnienie z sowieckiego gułagu ukraińskiego biskupa Slipija, poszedł do więzienia i w końcu zwołał sobór. To praktycznie tylko pięć lata "przejściowego" pontyfikatu, który odmienił współczesny Kościół, otworzył go na świat i sprawił, że jeszcze bardziej jego członkowie poczuli jego powszechność.

Ten dobry papież cały czas powtarzał: to nie ja, to Duch Święty. Był posłuszny, uległy, dlatego tak obficie dzielił się swoimi talentami, tymi pięcioma chlebami i dwiema rybami. Iluż zostało nasyconych...

Mieć osiemdziesiąt lat i nie ustawać, i być niespokojnym, i jeszcze chcieć, i iść do ludzi, i ich szukać, i nie pozwolić, żeby odchodzili głodni. I czuć się jak apostołowie, którzy tylko rozdają, bo tym, który błogosławi, jest zawsze On, ten Nauczyciel na górze. Tak naprawdę tylko On i Duch Święty mogą poruszyć osiemdziesięcioletnie kości i umysł do podjęcia wyzwań całego świata.

Przyłapuję się wcale nie tak rzadko na myśleniu, że skoro jest mało, to nie warto się starać o więcej. Skoro tak niewiele znaczę, to nie powinienem się wychylać przed szereg i zostać bierny. Ale dzisiejsza ewangelia nie tego mnie uczy. Czy jednak mnie przekona do swoich zasad?

"W lekkim powiewie" (19. zwykła)

refleksja na 19. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

A po tym ogniu szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty.

Grzmi, błyska, wieje, leje, trzęsie się ziemia, ogień, rozpadają się góry... Tylko się przerazić i w duchu poddania przyjąć Boga jako Stwórcę wszystkiego. A On... odkręca trochę kota ogonem. Przychodzi do Eliasza nie w tym, co proroka przeraża, przestrasza i upokarza. Przychodzi w tym, co człowiek lubi i co tak bardzo jest mu przyjazne.

Czasami latem widać - zwłaszcza dziewczyny - z lekko uniesionymi głowami, tak jakby poszukiwały i słońca, i lekkiego powiewu, który rozmasuje twarz, a słońcu pomoże również ją opalić. Eliasz jest mężczyzną i pewnie raczej o opalaniu nie myśli, zresztą i okoliczności temu nie służą. Przed nim jeden cel - spotkać Boga. Jak w tej sytuacji się zachowuje? Przede wszystkim przyjmuje przebieg wydarzeń przygotowany przez Boga. Eliasz pewnie jest zaskoczony, ale lekcja wiary, na którą został zaproszony przez Pana, jest bardzo czytelna. Jest jednocześnie jakby streszczeniem dotychczasowej historii doświadczania Boga przez człowieka.

Z naszej strony jest czasami tyle lęku, tyle obaw, niepewności... Bóg zaś wydaje się być tym, który nas jedynie straszy, karze, piętnuje, upomina... I jest tak daleko... jakby w piorunach, trzęsieniach ziemi, w tym, nad czym nie panujemy. W oczach Eliasza na pewno było wielkie przerażenie. Patrzył... Czekał... Ale w tym, co takie gigantyczne i nieprzyjazne Bóg nie przychodził.

Potem był słynny lekki powiew, najpiękniejszy dotyk Boga, który jest dobry, łaskawy i miłosierny. Ten lekki powiew zrewolucjonizował w Eliaszu postrzeganie Boga. Pan jakże bardzo pochylił się nad "starym" Eliaszem i jednym muśnięciem stworzył "nowego". Dał się poznać jako Bóg delikatny, przyjazny, bliski, taki, z którym cały czas chce się przebywać, rozmawiać.

W ewangelii na rozmowę-spotkanie z Ojcem wstąpił na górę Jezus. Pewnie, dla nas to przykład niedościgły. Uczniowie, jak bardzo podobni do nas, pozostają w łodzi i zasypiają. Chrystus idzie na górę, bo chce przebywać blisko Ojca.

Czasami wydaje nam się, że nie jesteśmy stworzeni do głębokiej relacji z Bogiem, ale czy próbowaliśmy wejść na górę? Czy próbowaliśmy spróbować? Czy ruszyliśmy w górę, zapominając o tym, że gdzieś w łodzi są nasi bliscy, którzy w tym momencie z Ojcem spotkać się nie chcą? Jeśli nie wchodzę na górę, a moim ulubionym miejscem pozostaje tylko łódź jako miejsce odpoczynku, to wtedy rzeczywiście potrzebuję burzy, strachu i przerażenia, które przywołają mnie do porządku.

Jednak póki co.... ten lekki powiew... Jakże nie pozwolić poddać się Mu?

Być razem... (20. zwykła)

refleksja na 20. niedzielę zwykłą roku A
Wojtek Kułak

"Będąc apostołem pogan, przez cały czas chlubię się posługiwaniem swoim w tej nadziei, że może pobudzę do współzawodnictwa swoich rodaków i przynajmniej niektórych z nich doprowadzę do zbawienia."

W mojej głowie siedzą pewne skojarzenia, których nie pozbędę się chyba już do końca życia. Kiedy czytam dzisiejsze drugie czytanie, czyli fragment z Listu św. Pawła do Rzymian, natychmiast zapalają się w mojej pamięci dwie lampki. Jedna wywołuje skojarzenia dotyczące Żydów mesjanicznych, czyli tych, którzy przyjęli Jezusa jako Mesjasza, druga zaś zapala się przy nazwisku Martina Bormana. Obie lampki włączają się na następujące zdanie: "Będąc apostołem pogan, przez cały czas chlubię się posługiwaniem swoim w tej nadziei, że może pobudzę do współzawodnictwa swoich rodaków i przynajmniej niektórych z nich doprowadzę do zbawienia."

Jakież wielkie pragnienie ma Paweł, Żyd z Tarsu, apostoł pogan. To zdanie jest tak "kaloryczne", tak pełne emocji, przywiązania, nadziei. Pokazuje jednocześnie, ile miejsca w sercu Apostoła zajmują jego rodacy, ile w tym Apostole Narodów jest syna Izreala, związanego ze swoimi braćmi więzami krwi, religii, historii. Nie dziwi więc, że tak mu zależy, aby również jego najbliżsi przyjęli największą z nowin, jaką Bóg przygotował dla człowieka. Tak, przyznaję otwarcie, to mnie wzrusza. Przypominam sobie ponadto wyznanie Davida H. Sterna, Żyda mesjaniczego, który interpretując fragment ewangelii, w której Jezus mówi do uczniów, że będą usunięci z synagog, przywołuje swoje doświadczenie. Pisze, że dla niego wielki ból sprawia niemożliwość modlenia się razem ze swoimi rodakami. Ci bowiem, kiedy dowiadują się, że on przyjął Jeszuę jako Mesjasza, dają do zrozumienia, że już nie chcą go widzieć w synagodze. Dzieje się to dzisiaj.

Nie, nie mam zamiaru występować przeciw Żydom. Próbuję jedynie zrozumieć serce gorliwego apostoła Pawła, w którym tyle miejsca zajmują jego rodacy. Jednocześnie wydaje mi się, że stan ducha Pawła bardziej rozumiem dzięki wyznaniu współcześnie żyjącego Żyda, Sterna. W jednym i drugim przypadku ów ból serca jest spowodowany pragnieniem podzielenia się swoją wiarą z najbliższymi, w których żyłach płynie ta sama krew, którzy mają to samo doświadczenie Boga, objawiającego się w historii. Gdyby nie wiara w Chrystusa jako Syna Bożego, ani Paweł, ani Stern, nie znieśliby z całą pewnością tego "rozmijania" się ze swoimi rodakami. W Pawle jest więc przede wszystkim wielkie pragnienie, aby inni Żydzi uczestniczyli w tej wielkiej radości, która jest w nim, a która pochodzi z wiary, że Chrystus nam wszystkim okazał miłosierdzie i wyjednał zbawienie.

Jest rok 1946. Szesnastoletni Martin Adolf Borman, syn Martina Bormana, praktycznie drugiego człowieka po Hitlerze w trzeciej Rzeszy, szuka usprawiedliwienia dla zbrodniczych czynów swojego ojca. Nigdy wcześniej nie myślał o nim jako o zbrodniarzu, nie miał podstaw. A teraz jest w Austrii i słucha doniesień z procesu w Norymberdze. Wśród skazanych na śmierć jest także jego ojciec, który faktycznie nie żyje od ponad roku. W ręce Martina wpada książka pewnego jezuity i w niej znajduje odpowiedź na pytanie, czy ojciec może być zbawiony. Z pomocą przychodzi Izajasz ze słynnym zdaniem:
Choćby wasze grzechy były jak szkarłat,
jak śnieg wybieleją;
choćby czerwone jak purpura,
staną się jak wełna.

Od tego momentu młody Borman czuje się lepiej, wierząc, że jednak dane mu będzie spotkać ojca, którego tak bardzo kochał, a który popełnił tak wiele zbrodniczych czynów.

Oba serca, św. Pawła i Martina Bormana, łączy ogromne pragnienie, aby dzielić się z najbliższymi tym szczęściem, które jest w nich. Kiedyś pewien dwudziestoczterolatek miał również podobne pragnienie - kiedy umierał jego ojciec, pragnął przede wszystkim, aby nie odszedł on niepojednany z Bogiem. Gdy odwiedzał go w szpitalu, ojciec był bardzo spokojny, wcześniej przecież w każdą niedzielę chodził do kościoła, ale przecież nikt nie jest bez grzechu... Przed śmiercią przyjął sakrament chorych. Miał zaledwie 50 lat. - Świadomość, że ojciec odszedł pojednany z Bogiem, pomogła mi jakoś dziwnie spokojnie przyjąć jego śmierć, bo przecież najważniejsze sprawy zostały załatwione - wyznał później syn.

Czasami nasze serce jest bardzo gorliwe, wzrusza się pod wpływem przeżyć wypływających z naszej wiary. Czyny jednak nie idą w parze, nie słuchają serca... Wtedy zawsze przypominam sobie modlitwę ze mszy św.: nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła... Jakże blisko tym słowom do słów kobiety kananejskiej: "Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów". Mieć serce Apostoła, które pamięta o innych, zwłaszcza o tych najbliższych... Bez wiary takie serce się nie obudzi, nie rozwinie, ale i nie zostanie przeszyte bólem... Ból jednak znajdzie pocieszenie dzięki wierze.

obdarz mnie wiarą Panie
dołącz do swojej trzody
nie daj bym wplątał się w osty
po pustyniach błądził
daj mi odwagi kruszynę
bym mógł się zbliżyć do Ciebie
i miłość która pozwoli
stanąć pod Twoim krzyżem

Przyszłość (21. zwykła)

refleksja na 21. niedzielę zwykłą roku A
Sylwia Gajewska

«A wy za kogo Mnie uważacie?» Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego».

Usłyszał Piotr: Ty jesteś skała! Ty jesteś opoka, fundament! I może poczuł się dumny, szczęśliwy, doceniony, zauważony, nawet najlepszy. Nie wiedział, że te słowa kryły w sobie cierpienie Chrystusa i jego własne. Nie wiedział, że kryły także obietnicę trwającego do dziś Kościoła. Może przypomniał je sobie, umierając jak Mesjasz na Krzyżu. Co wtedy pomyślał...

Są momenty, kiedy chciałabym wiedzieć, co wydarzy się jutro, za rok... Jak potoczą się losy moich najbliższych, przyjaciół, moje własne. Kusi pójście do wróżki, może krótka rozmowa z cyganką albo niewiele znaczący horoskop. Myślę wtedy o świętych, którzy nic nie wiedzieli o swojej przyszłości. Bo czy kilkunastoletni Karol Wojtyła uwierzyłby, że będzie Janem Pawłem Wielkim albo skromna Marta Robin, że będzie przez kilkadziesiąt lat co piątek przeżywać Mękę Chrystusa? Czy gdyby wiedzieli, tak po ludzku, nie chcieliby po prostu uciec?

Jak dobrze, że Bóg w swej Mądrości zasłania przede mną przyszłość. Że mówi do mnie o Swojej wielkiej łaskawości, że daje Obietnicę, której szczegółowo nie tłumaczy. Że pozwala zaufać, tak jak Piotr, który na pewno nie rozumiał słów swojego Mistrza. Ale uwierzył, a my do dziś możemy doświadczać wielkości jego wiary.

Jak dobrze, że dzisiejszy ból, niepokój i może niezrozumiałe cierpienie za kilka dni, miesięcy, lat znajdą swoje wyjaśnienie i nakierują mnie na dobro, jakiego się nie spodziewałam. Że słowa, które kieruje do mnie Pan Bóg, nie opisują dokładnie, jak będzie wyglądać moje życie.

Może Piotr nie wspominał tych słów, wisząc na Krzyżu, tylko już widział ich wypełnienie. I powtórzył za psalmistą: Panie, Twa łaska trwa po wszystkie wieki.

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść (22. zwykła)

refleksja na 22. niedzielę zwykłą roku A
Sylwia Gajewska

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: «Gwałt i ruina!»

Uwielbiam patrzeć na zakochanych. Obserwować ukradkiem ich czułe gesty, muśnięcia dłoni, ciepło spojrzeń i promienne twarze. Kontemplować piękno ich bliskości. Ogrzewać się z daleka przy płomieniach ich miłości.

To samo uczucie ogarnia mnie, gdy czytam słowa Jeremiasza: "Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść". A potem pojawia się lekki niepokój. Jak to uwiodłeś? Przecież mógł napisać: powołałeś, wybrałeś, wyznaczyłeś...

A jednak Jeremiasz nic nie mówi o powołaniu, nadaniu misji, postawionym wyznaniu. Nie korzysta z surowych i obiektywnych terminów. Używa słów pełnych emocji, kolorytu, które czytając, mogę poczuć na własnej skórze. Mówi o Bogu, który go uwiódł, który wystawił go na pośmiewisko, ale od którego nie można uciec. Mówi o sobie, o swojej miłości, która jest gwałtowna, pełna pasji i ognia. Która jest miłością zakochanego człowieka...

Łatwo jest mi powiedzieć: wierzę w Pana Boga. Przez gardło, może trochę trudniej, ale przejdą mi także słowa: kocham Pana Boga. A zdanie: dałam się uwieść Panu Bogu? Pozwoliłam, by moje wnętrze rozpaliła Jego miłość. Pozwoliłam, by z moich ust płynęły słowa, które nie podobają się moim słuchaczom. Pozwoliłam, by z Jego powodu nie być mile widzianą w czyimś towarzystwie, słyszeć, że jestem staroświecka i zacofana. Pozwoliłam, by z Jego powodu być czasem samotną i pozostawioną na boku.

Miłość zakochanego jest piękna i gwałtowna, wielka i wychwalająca swojego wybranka, niezależnie od tego, jak zostanie ona przyjęta przez otoczenie. Gdy kocham, chcę by cały świat usłyszał o moim ukochanym. Opowiadam o swoich uczuciach bliskim, ale także tym, których nie znam. Kochając Pana Boga, mówię o tym swoim słowem, czynem, swoim życiem.

Kochając Pana Boga, wiem, że uwodzi mnie Miłością, która niesie ze sobą Jego bliskość, Jego obecność, ale także Jego Krzyż. Uwodzi mnie Miłością, która jest wiecznie żywa, obecna, ale też wymagająca i oczekująca całkowitego oddania. Uwodzi mnie Miłością, która da mi pełnię szczęścia nie ludzkiego, ale Bożego... I jak nie zgodzić się na taką Miłość!

Każdego dnia, czy jesteś blisko, czy nie czuję Ciebie obok, chcę powtarzać za Jeremiaszem: Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłam się uwieść.

Odpowiedzialność (23. zwykła)

refleksja na 23. niedzielę zwykłą roku A
Sylwia Gajewska

"Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata."

Ciekawi mnie, jak współcześni reklamowaliby dziś Niebo. W końcu jest to produkt z najwyższej półki. Co obiecywaliby człowiekowi i za jaką cenę? Jakich użyliby trików i zabiegów marketingowych? Jakiego użyliby hasła?

Mogliby zacząć od Piotra, który w Ewangelii czytanej przed dwoma tygodniami odważnie poszedł za Chrystusem, a dziś stoi u Bram Raju. Potem wspomnienie o miłości, koniecznie, bo to bardzo chwytliwe słowo. I wreszcie przychodzą czytania 23. niedzieli, które można podkreślić wspólnym mianownikiem: odpowiedzialność.

I tu prawdopodobnie nastałaby cisza. Odpowiedzialność? To takie niemodne, takie niedzisiejsze, ba, wręcz nietolerancyjne. Przecież każdy ma prawo żyć, jak chce, przecież zasady i normy są relatywne. Każdy może sobie wybierać to, co dla niego dogodne, a jak mu nie pasuje, po prostu odejść, odrzucić, wyrzucić... nawet drugiego człowieka.

A Pan Bóg dziś mówi mocno i wyraźnie, że jestem odpowiedzialna za mojego brata: tego najbliższego z rodziny, przyjaciela, znajomego, ale także tego, który stoi obok mnie w autobusie. To jest miłość.

I nawet jeśli próbuję się bronić słowami, że przecież nie kradnę, nie cudzołożę, nie zabijam, żyję według Bożego Prawa, kocham siebie i bliźnich, powracają słowa: nie odpowiadasz tylko za siebie, odpowiadasz także za swego brata. Więc dobrze, godzę się na to, że będę nietolerancyjna, bo będę musiała czasem powiedzieć gorzką prawdę, będę musiała upomnieć, zwrócić uwagę, poprosić o zmianę zachowania.

To może się udać, ale muszę pamiętać, że także moje siostry i moi bracia są odpowiedzialni za mnie. Mają prawo wskazać mi moje błędy, i choć nie będzie łatwo tego słuchać, powinnam zastanowić się nad własnym postępowaniem.

Bo miłość to odpowiedzialność za siebie, za drugiego człowieka i za otoczenie. Bo w odpowiedzialnej miłości jest siła, by wspólnie żyć i wspólnie prosić Boga o Jego dary, o szczęście wieczne.

"Po drabinie odpowiedzialnej miłości ku Niebu..." - pewnie kiepskie to hasło, ale ja je wybieram, bo razem z Tobą chcę tam spotkać Boga.

Być posłuszną... (24. zwykła)

refleksja na 24. niedzielę zwykłą roku A
Sylwia Gajewska

Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.

Jezus - Chrystus, Mesjasz, Bóg... schodzi na ziemię jako człowiek. Rodzi się w ubogiej stajence, wychowuje wśród prostych ludzi, powołuje zwykłych rybaków i umiera najbardziej hańbiącą śmiercią, jaka mogła spotkać człowieka w tamtym czasie. Znane i przez lata słyszane przeze mnie paradoksy, a jednak dotykają nieustannie...

Gdybym mogła wybrać sobie, kim chciałabym się narodzić, w jakich warunkach i z jakimi cechami, pewnie nie byłabym tą Sylwią, którą jestem. Poprawiłabym swój wygląd, styl życia i miejsce zamieszkania. Ułatwiłabym sobie to, co dziś wydaje się mozolne, trudne i często "pod górkę".

Wydaje się, że Chrystus jako Bóg też mógł dużo ciekawiej i lepiej zaplanować swoje życie. Przecież wiedział, jakie przed Nim stoi zadanie i jak ma je wykonać. Mógł... ale "uniżył samego siebie". Był posłuszny do końca woli swojego Ojca.

Być posłuszną... Jakże trudno napisać mi to zdanie, a jeszcze trudniej stosować się do niego w moim życiu. Jezus ufał, wiedział, że Boży Plan wobec człowieka, wobec Niego jako człowieka jest tym najdoskonalszym! I dziś przypomina mi o tym w czytaniach.

Przypomina, bo jakże często buntuję się w środku, że nie tak miało to wszystko wyglądać. Że noszę w sobie pragnienia, które przez lata są niezaspokojone. Że mam w sobie tęsknoty, które nie znajdują ukojenia. Że zadaję pytania, na które nie uzyskuję odpowiedzi. Tylko jedno, ciągle powtarzające się słowo: zaufaj!

Moje posłuszeństwo nie jest ślepą uliczką, ale jasną drogą przygotowaną przez Boga tylko dla mnie. On wie, do czego mają doprowadzić mnie dzisiejsze smutki, tęsknoty, bóle - mój krzyż.

Krzyż Chrystusa, poprzez Jego posłuszeństwo dał mi szansę na życie wieczne, dar Zbawienia. Wierzę, że mój krzyż codzienności, w Bożej perspektywie, której często nie rozumiem, jest dla mnie nadzieją. Więc nie chcę być kimś innym, bo w swojej Mądrości Bóg chciał mnie taką, jaką jestem. Każdego dnia uczącą się Jemu ufać i być posłuszną...

Bóg pozwala się odnaleźć (25. zwykła)

refleksja na 25. niedzielę zwykłą roku A
Sylwia Gajewska

Na to odrzekł jednemu z nich: "Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę?"

Kilka tygodni temu siedziałam w kościele w czasie Mszy Świętej i nagle ogarnęło mnie wielkie pragnienie. Nieopisana tęsknota, by już być Tam, po drugiej stronie. W Miejscu, gdzie już się nie myśli, nie analizuje, nie szuka... gdzie się po prostu Jest. W Bezgranicznej Miłości Bożej, w Jego ramionach.

To nie był pierwszy moment w moim życiu, bo Bóg pozwala się odnaleźć. W chwilach, kiedy najmniej się tego spodziewam, On przychodzi do mnie. Czasem dużo szybciej, niż wydaje się to możliwe. Nie daje gotowych i prostych odpowiedzi, nie mówi w objawieniach, wielkim uniesieniu i wizjach. Przychodzi w tekście literackim, obrazie i pejzażu dnia. Przychodzi w drugim człowieku: w jego zainteresowaniu, dobrym słowie, czułym geście.

Kiedy ogarnia mnie tęsknota za Niebem, robię rachunek sumienia: czy gdyby teraz Pan wezwał mnie do siebie, mogłabym od razu jak dziecko wtulić się w Niego? Jaka jest moja miłość do Niego w drugim człowieku?

Bo jak czytam przypowieść o robotnikach, myślę po ludzku. Gdybym pracowała od rana, chciałbym być potraktowana sprawiedliwie. Każdy dostaje to, na co zasłużył. Gdybym została zatrudniona pod wieczór, chciałabym dostać tyle, co pierwsi...

Ludzki rozum nie jest w stanie ogarnąć Logiki Nieba. Boga, który jest równocześnie sprawiedliwy i miłosierny. Boga, który daje nam pragnienie życia tutaj a równocześnie pragnienie bycia Tam, z Nim. Boga, który jest ukryty, a jednak daje się znaleźć. Boga, który ostatniego czyni pierwszym. Boga, który uczy mnie kochać Go w ludziach stawianych na mojej drodze.

Więc szukam i czekam, powtarzając za św. Augustynem, że niespokojne jest moje serce, dopóki nie spocznie w Jego Miłości.

"Tak" i "nie" (26. zwykła)

refleksja na 26. niedzielę zwykłą roku A
Łukasz Głowacki

«Zaprawdę powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć».

Dzisiejsza Ewangelia to wypisz-wymaluj obrazek z naszego życia wzięty. Nauczyciel prosi: "zróbcie to zadanie samodzielnie, pomoże wam zrozumieć to zjawisko". I uczniowie kiwają głowami, niektórzy nawet głęboko patrzą belfrowi w oczy, a ich gorliwość w tym kiwaniu przekracza swym poziomem zasolenie Morza Martwego. Później przepisują rozwiązanie od najbardziej zaawansowanego kolegi i wypinając pierś pokazują, jak grzecznie posłuchali prośby.

Matka prosi syna: "wyrzuć śmieci, bo worek przecieka". "Tak, mamo" - odpowiada chłopak". I natychmiast zapomina o obietnicy, zajmując się przejściem kolejnego etapu sieciowej gry. "Synu, wyrzuć śmieci". "Tak, mamo, już idę" - rzuca, a żeby jego deklaracja była bardziej wiarygodna, podchodzi do worka, niby go poprawia i zakłada buty. Liczy, że matka usłyszy krzątaninę i zajmie się swoimi sprawami, a sam wraca, bo mu punkty uciekną. Finał jest różny, ale cuchnąca plama na dywanie nie należy do rzadkości.

Zakochany chłopak prosi dziewczynę: "chodźmy w sobotę razem na imprezę". "Dobrze, chętnie z tobą pójdę" - odpowiada Ona. A gdy przychodzi umówiony termin, Jej telefon milczy, a on zachodzi w głowę, co też się stało. "Zapomniałam" - mówi po dwóch dniach.

Kiedy człowiek staje się dorosły, pokus przybywa. Coraz częściej chce się spławić kogoś, a jednocześnie go nie obrazić. Padają wtedy puste obietnice, puste słowa, turlają się po pyskach nieszczere uśmiechy. Myślę, że każdy z nas widzi w tym trochę siebie...

Nie znoszę współpracować z ludźmi, którzy przy podziale zadań deklarują, że "coś" zrobią, po czym "tego" nie robią i nawet nie raczą o tym nicnierobieniu powiedzieć. Liczą chyba, że to "coś" zrobi się samo albo zrobi je za nich ktoś inny. Rozumiem, że chcą uniknąć otwartego konfliktu, głosu krytyki albo żalu. Szukają łatwiejszej drogi. Takich lepiej unikać.

Lepiej jest rzecz jasna pracować z ludźmi, którzy nie tylko deklarują, ale też te deklaracje wypełniają. Ilu ich jest? Ale najlepiej jest pracować z ludźmi, którzy na początku rozmowy mają odwagę powiedzieć "nie". I tłumaczą dlaczego mówią "nie". A potem dają się przekonać, że istnieją inne racje niż te, które do nich przemawiają. Na nich można liczyć. Może nie zawsze doprowadzą sprawę do końca, ale jeśli nie - na pewno o tym w odpowiednim czasie powiedzą. Nie zamiotą sprawy pod dywan.

Bóg mógłby nas zmusić do wszystkiego. Jak to Wszechmogący. Ale nie zmusza. I to powinno dawać do myślenia. Jeśli chcemy mu powiedzieć "nie", zróbmy to. Nie udawajmy, że wszystko gra, jeśli tak nie jest. Bo może się okazać, że w tym udawaniu zapędziliśmy się na pustkowie, z którego nigdy nie uczynimy ziemi sobie przyjaznej. I będę wiecznie śnić sen o maturze, która już jutro, a ja nie zdążyłem się nauczyć matematyki.

Własność czy dzierżawa? (27. zwykła)

refleksja na 27. niedzielę zwykłą roku A
Łukasz Głowacki

Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze.

Każdy z nas, już jako kilkunastoletni człowiek, dowiaduje się, jaka jest różnica między własnością, a dzierżawą.

O własności zwykło się mówić "wolnoć Tomku w swoim domku" - gdy coś mam, mogę z tym czymś robić, co chcę. Gdy na przykład mam winnicę, a ta nie spełnia moich oczekiwań, mogę ją porzucić - zlikwidować płot i pozwolić, by wandale roznieśli ją w pył. A co tam - wolno mi, to moje! Kiedy coś mnie strasznie zirytuje, a akurat w dłoniach trzymam swojego iPoda, mogę trzepnąć nim o ścianę na tyle mocno, żeby nie tylko on to odczuł, ale by cały świat dowiedział się, że jestem maksymalnie zdenerwowany. Kiedy iPoda pod ręką nie ma, mogę to samo zrobić gołą dłonią - wcześniej zwinąwszy ją w pięść lub nie.

Tyle o własności. A co z dzierżawą? Gdyby winnica była dzierżawiona, zachowałbym się zupełnie inaczej. Przecież za jej rozgrabienie musiałbym odpowiedzieć przed prawowitym właścicielem. A to mogłoby stać się bardzo kosztowne...

Gdyby iPod pożyczony był od starszego brata, z pewnością nie wylądowałby na podłodze, uprzednio wcisnąwszy się na centymetr w ścianę (nawet jeśli byłaby tylko kartonowo-gipsowa). Bo chyba nie miałbym za co tego iPoda odkupić...

A ręka? Przecież ona nie jest pożyczona! Ona jest moja! Czyli "wolnoć Tomku w swoim domku".

Ano właśnie. Okazuje się, że nie. Bo - choć w zadufaniu swoim trudno to przyznać - moje życie nie staje się w żadnym momencie moją własnością. Jest tylko wydzierżawione na czas od poczęcia do śmierci, a aktu własności żaden notariusz nie poświadczy. Dzierżawę pewnie tak - choć nie notariusz, a biskup, i nie w kancelarii, a podczas bierzmowania. Bo chyba wtedy w sposób w miarę świadomy bierzemy to nasze życie w dzierżawę.

A do czego się przy okazji zobowiązujemy? Trochę tych zobowiązań jest. Ale kto by o nich pamiętał... Zaraz po wyjściu z kościoła idą w kąt, a my jesteśmy wolni!

Ta wolność nie jest zresztą ułudą. To fakt. Naprawdę jesteśmy wolni. Możemy nasze życie przepić, przehulać, przemilczeć, przenudzić, prze... Możliwości jest wiele.

Trzeba jednak pamiętać, że każda dzierżawa ma swój kres. W pewnym momencie trzeba będzie się wyliczyć z tego, jak wykorzystaliśmy nasze życie. Już nie tylko talenty, które dostaliśmy w plecaku genetycznym, nie tylko miłość innych ludzi, ale całe życie. Każdy z tych dni, które przeżyliśmy.

Obawiam się, że takie wyliczenie nigdy nie będzie jakoś specjalnie zadowalało ani nas, ani Stworzyciela. I chyba im później zaczniemy je robić, tym to zadanie stanie się trudniejsze.

Niech żywi nie tracą jednak nadziei. Proponuję w wyszukiwarce wklepać: Faustyna Kowalska.

Tłuste mięsa, wyborne wina (28. zwykła)

refleksja na 28. niedzielę zwykłą roku A
Łukasz Głowacki

Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. (Izajasz)

Czy kłopoty króla sprzed 2 tysięcy lat kogokolwiek dzisiaj obchodzą? Kto by się przejmował tym, że ożenił syna i chce świętować, a goście "robią go na szaro"? Przecież nas też nieustannie ktoś wystawia do wiatru.

Tak już się przyzwyczailiśmy do prostego w sumie wytłumaczenia "nie miałem czasu", że nawet nie staramy się zdenerwować tym, że w istocie chodziło o to, że "nie chciało mi się", "mam cię gdzieś", "wolę pograć w piłkę", "nie lubię cię". Gładko przełykamy wytłumaczenia, bo sami też je stosujemy w różnych sytuacjach. Tak często używamy tego towarzyskiego depilatora, że z czasem nie możemy się bez niego obejść.

Zdarza się jednak, że czara goryczy niebezpiecznie się przechyli - gdy na przykład wszyscy znajomi, których prosiliśmy o pomoc, wypną się przykładnie i zostaniemy na lodzie. Albo kiedy chcemy z nimi świętować coś bardzo wesołego, a oni, ziewając, odpowiedzą, że właśnie oglądają kolejny odcinek serialu "F jak frajer" i życzą przez SMSa wszystkiego najlepszego. Wtedy jesteśmy bliscy królewskiej reakcji - chcemy Atlasowi dźwigającemu świat podciąć nogi.

Najczęściej dopiero wtedy zauważamy, że nas też codzienne sprawy przygniotły do tego stopnia, że kiedy raz na jakiś czas przebijemy się przez nie, świat, który nas otacza, jest różny od iluzji, którą sobie stworzyliśmy, otoczeni papierowymi dowodami tożsamości. Taka towarzyska depilacja jest równie zła jak narkotyki - wciąga, przyzwyczaja, uzależnia i pustoszy.

Może warto zatem zapamiętać sobie, że "wielu jest powołanych, lecz mało wybranych"? Zaproszeń do naszego życia zapewne wystosujemy jeszcze wiele, ale skorzysta z nich garstka. Obyśmy my też potrafili na takie zaproszenia odpowiadać i znaleźć się w garstce zebranej przez innych - nie tylko przez ludzi z naszego otoczenia, ale też przez Boga. Jemu bardzo zależy na nas i tej "małej reszcie". W końcu miejsca w domu Pana jest więcej niż na wszystkich dworach świata.

Co komu? (29. zwykła)

refleksja na 29. niedzielę zwykłą roku A
Łukasz Głowacki

Czemu Mnie kusicie, obłudnicy?

"Oddajcie cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga" - ten cytat zna chyba większość z nas. Ale co on oznacza? Co z mojego życia należy do cezara, a co do Boga?

Do Cezara należy: telewizor plazmowy, który wisi na ścianie; samochód przedniej marki spalający 8 litrów benzyny na 100 kilometrów; nowa sofa; pudła z klockami Lego kurzące się w pawlaczu; kurtka za 450 złotych; buty do gry w piłkę; komplet prezerwatyw; telefon komórkowy z odbiornikiem telewizji cyfrowej w wychodzącym z użycia standardzie; [tu następuje dłuuuuga lista].

A co należy do Boga? Hm, tak naprawdę to niewiele. Bo przecież nie egzemplarz Pisma Świętego otrzymany na bierzmowanie. Nie złoty medalik z Matką Boską - prezent od chrzestnej. Nie różaniec, który podczas jakichś rekolekcji dostałem od rekolekcjonisty. One z Bogiem są związane, ale do Niego nie należą.

Żadna ze stron monety nie należy do Boga. Te złotówkowe - póki co - należą do Narodowego Banku Polskiego. I można za nie kupić prawie wszystko - łącznie z kopią Biblii, medalikiem czy różańcem.

Nie zamierzam zastanawiać się teraz nad tym, co należy do Boga. Myślę, że to czujemy. Ale zastanawiam się, co tak naprawdę oznacza owo rozdzielenie - cezarowi co cezara, Bogu co Boga. Czy to jakaś granica? Tam rządzi cezar, a tu rządzi Bóg? Wchodzą sobie w drogę czy też traktują się jak powietrze?

Myślę, że bardzo wchodzą sobie w drogę.

Boga jednak nie interesują monety, ani to, co można za nie kupić. Jego interesuje to, co my robimy.

Co oglądamy w telewizorze plazmowym (50-calowym!), jak jeździmy autem (które jak się mocniej wdepnie, to potrafi spalić i 15 litrów), w co kopią buty (mają wzmocniony, twardy czubek) i po jaką cholerę w szufladzie leżą prezerwatywy.

Boga interesuje również to, czy Biblia nie służy nam wyłącznie jako efektowna ozdoba świństw, które za jej plecami wyczyniamy, czy medalik nie jest próbą wykazania swojej domniemanej wyższości, a różaniec - odpowiednikiem bicza, którym okładamy nie siebie, a innych.

Mam talent (33. zwykła)

refleksja na 33. niedzielę zwykłą roku A
ks. Jan

"Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana".

Treść dzisiejszej Ewangelii nie koniecznie sprzyja skupieniu uwagi na liturgii Mszy świętej. Jezusowa przypowieść o talentach mimo woli przywołuje obrazy z sobotniego programu "Mam talent". Jego wielka popularność i bijąca wszelkie dotychczasowe rekordy oglądalność są zdumiewające. Ale jeszcze bardziej zdumiewające są popisy występujących tam uczestników. Zapierają one dech w piersiach, a z drugiej strony przysparzają nam kolejnych rozgoryczeń... "Kurczę, gdybym ja tak potrafił!". Tyle utalentowanych osób na świecie: sportowcy, naukowcy, aktorzy, muzycy, literaci....olimpijczycy, laureaci konkursów, zdobywcy wyróżnień i nagród, ludzie którzy "porobili kariery i dorobili się". Czy ja przynależę do wybitnych jednostek "rodzaju ludzkiego"? Czy ja mogę kogokolwiek, czymkolwiek zachwycić. Czym rzucę świat na kolana?

Nawet gdyby inni mówili o mnie: "beztalencie", "on do niczego się nie nadaje", to jednak muszę pamięta, że otrzymałem od Boga talent. Może nie pięć czy chociażby dwa, ale na pewno otrzymałem jeden. Talent to nie koniecznie tylko wyjątkowe uzdolnienie: gra na gitarze, wybitny słuch, łatwość nauki obcych języków. Talent, z którego mam się rozliczyć to moje powołanie. Talent otrzymany od Boga to wszystko, co składa się na moje codzienne życie, obowiązki domowe, szkolne, zawodowe, chrześcijańskie. Zapewne nie jestem na tyle utalentowany, aby wybrano mnie na przywódcę jakiegoś narodu i powierzono odpowiedzialność za losy kraju, ale na pewno jestem wystarczająco utalentowany, żeby kochać drugą osobę. I na takie zagospodarowanie, pomnażanie ewangelicznego talentu oczekuje Pan. Z tego też przyjdzie mi kiedyś zdać sprawę.

Rewolucja trwa (30. zwykła)

Refleksja na 30. niedzielę zwykłą roku A
Łukasz Głowacki

Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.

Co może pomyśleć człowiek, czytając słowa: "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego"? Może: "To proste - tylko dwie rzeczy. Wystarczy ich się trzymać i będzie w porządku"? Dobrze - ale czy rzeczywiście są to tylko dwie rzeczy? A może jednak trzy?

Bo przecież, żeby "miłować swego bliźniego jak siebie samego", trzeba najpierw wiedzieć, kim się jest dla samego siebie. A przecież bardzo często odpowiedź na takie pytanie bywa najtrudniejszą z możliwych. Rzadko kiedy jesteśmy sami dla siebie kimś godnym szacunku. W końcu znamy swoje "pięty achillesowe", drobne i grubsze brudy, ciemne strony żywota. Modne ostatnio słowo "samoocena" jest bardziej podatne na zmiany niż indeks WIG20 w dobie krachu finansowego.

Do tego dochodzą jeszcze "ułomności", których nie potrafimy ukryć przed innymi. A to zbyt duża waga, a to krzywy nos czy za duże uszy. Ileż razy jesteśmy za to wściekli na siebie... Czekając na ulubioną koleżankę, do której uczucia burzą nam porządek w żołądku, zwykle wynajdujemy w sobie mankamenty, które z pewnością spowodują, że albo w ogóle nie przyjdzie na spotkanie, albo po spotkaniu nie będzie chciała już więcej się z nami spotkać.

Najczęściej jesteśmy też zbyt głupi, za mało oczytani, nie dość bystrzy. Ubieramy się nie dość modnie, a fryzury trącą myszką. W gronie kolegów to nie my jesteśmy duszami towarzystwa, to nie my wymyślamy najciekawsze wygłupy. Nasi rodzice są "gorsi" od rodziców znajomych, ich zainteresowania są obciachowe, a do tego jeszcze oczekują, że będziemy je z nimi dzielić.

I jak tu być punktem odniesienia? Czyżby zadanie niewykonalne?

Obawiam się, że jest trudne. Bo nikt z nas nie ma czarodziejskiej różdżki, która po prawidłowym wypowiedzeniu zaklęcia zbierze z naszej twarzy nadmiar piegów, wyprostuje nogi w kolanach lub doda 10 centymetrów wzrostu. A skoro tak, to może warto wyobrazić sobie szklankę, której połowę zajmuje woda, a drugą połowę wypełnia powietrze. Zwykło się mówić, że optymista to ten, który powie, że ta szklanka jest w połowie pełna, pesymista zaś będzie przekonywać, że jest w połowie pusta. Optymistów zostawmy w spokoju, a zajmijmy się pesymistami. Starają się oni szklankę wypełnić pustką. Tymczasem ich zamiar jest niemożliwy do zrealizowania, bo przecież w tej pustej części jest powietrze. Powietrze, które nieustannie przelewa się i zmienia.

Jeśli zatem patrzymy na siebie jako na w połowie pustą szklankę, to pamiętajmy, że ta pustka jednak wypełniona jest ciągle zmieniającym się powietrzem. Tak jak nasze "ułomności", które z biegiem czasu mogą odpłynąć, a nad niektórymi możemy sami zapanować. A wtedy okaże się, że przykazanie, które zrewolucjonizowało świat, zostało stworzone właśnie dla nas.

Zachęta... (34. zwykła, Chrystusa Króla)

refleksja na niedzielę Chrystusa Króla rok A
ks. Jan

"Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" Wtedy odpowie im: "Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili".

Wkroczyliśmy w XXI wiek, a tutaj nadal straszą Sądem Ostatecznym. Przypadająca w ostatnią niedzielę roku liturgicznego uroczystość Chrystusa Króla kieruje nasze myśli ku rzeczom ostatecznym. Nie chodzi tutaj o straszenie, tylko o przekazanie prawdy zbawczej. Według nauki Kościoła opartej na objawieniu biblijnym przy końcu istnienia świata dokona się powtórne przyjście Chrystusa (tzw. paruzja) i sąd nad stworzeniem. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia nam, że "owej godziny, którą zna tylko Bóg Ojciec, zostanie ostatecznie ujawniona prawda o relacji każdego człowieka z Bogiem. Sąd Ostateczny pokaże to, co każdy uczynił dobrego, i to, czego zaniechał w czasie swego ziemskiego życia, łącznie z wszystkimi tego konsekwencjami". Poznamy skutki naszych decyzji, jak wpłynęliśmy na losy życia innych ludzi, ile łez radości lub bólu wycisnęliśmy z oczu naszych bliźnich. Będzie nam także dane poznać i zrozumieć sens wszystkich wydarzeń i decyzji Boga, zobaczyć, jak Opatrzność Boża wszystko mądrze prowadziła i skutecznie zaradzała. Wszystko zostanie wyjaśnione. Pozostanie tylko pytanie o przyszłość nas samych.

To dopiero będzie napięcie nerwowe. Utysiąckrotniona niepewność ucznia czy studenta: zdałem - nie zdałem; promowany - nie promowany, zaliczone - nie zaliczone. Towarzyszyć będzie zapewne zdumienie i zaskoczenie wyrażone w ewangelicznym pytaniu: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym, spragnionym, przybyszem, nagim? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?» Zdumienie, że "tamto, tak mało ważne" stało się tutaj "takie ważne", że to, co tam "było znaczące", tutaj "nie ma znaczenia". Jak pierwszoklasista wywołany przez "panią" do tablicy nie wie do końca, czy poprawnie rozwiązał zadanie z matematyki. A sądzeni będziemy z miary miłości, stopnia wrażliwości na ludzką niedolę i gestów braterskiej solidarności z potrzebującymi, w których widzieliśmy Chrystusa.

To dobrze, że rok liturgiczny kończy się niemal niezauważalnie. Zupełnie inaczej niż odliczany czas według kalendarza świeckiego, gdzie żegnamy Stary a witamy Nowy przy odpalaniu sztucznych ogni, strzelających korkach szampana, radosnej zabawie noworocznej. Uroczystość Chrystusa Króla, wprowadzająca nas w ostatni tydzień roku liturgicznego, może być swoistą zapowiedzią naszych ostatnich dni czy godzin życia. Podobnie jak "ta ostatnia niedziela" wpisana w jeden z jesiennych miesięcy, w połowie zajęć szkolnych, zawodowych, wśród trosk o zakup węgla czy choćby nowych butów na zimę, planów na ferie zimowe, odrabiania prac domowych, przygotowywania się do klasówki, kolejnego kolokwium, tak również w połowie naszego codziennego zabiegania przyjdzie" ta ostatnia godzina".

Uroczystość Chrystusa Króla, mówiąc o przyjściu Zbawiciela na końcu czasów, paruzji, chce nas uwrażliwić także na nasze indywidualne spotkanie z Nim w godzinie naszej śmierci. I nie chodzi tutaj o straszenie..., tylko o zachętę do pięknego i mądrego życia.

PS
Szczęśliwego Nowego Roku Liturgicznego :)

Uroczystości, święta, wspomnienia

Wstyd (Trójcy Świętej)

refleksja na niedzielę Trójcy Świętej rok A
Andrzej Gołębiowski sdb

Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.

Najbardziej wstydzę się tego, że nie wstydzę się niczego. Obcowanie ze wszystkim bez żadnych zasad i barier jest dziś problemem nie tylko młodych. Wstyd w sobie można zabić lub zagłuszyć. Opanować do perfekcji, aby nie doskwierał w żadnej życiowej sytuacji. Wstyd przed samym sobą wywołuje czasem niechęć patrzenia w lustrzane odbicie, póki nie wzruszysz ramionami z pointą na dziś: No cóż, nic już na to nie poradzę.

Obserwując nasze zachowania, dochodzę do wniosku, że ludzie coraz częściej nie wstydzą się grzechu. Wstydzą się natomiast Pana Boga. Przechodząc obok kościoła, udają, że go tam w ogóle nie ma. Nie istnieje. Okazała budowla wzniesiona przed wiekami, niezauważalna oczami współczesnych. Inni rozglądają się na boki. Sprawdzają wnikliwie, czy aby w pobliżu nie ma nikogo ze znajomych. Upewniwszy się co do anonimowości, kreślą niewielki znak krzyża, trudno rozpoznawalny nawet dla super wierzących. Tylko nieliczni są dzisiaj prawdziwymi komandosami Pana Boga. Z podniesioną do góry głową malują na sobie znak Zbawienie, mówiąc wszem i wobec o swojej przynależności do Armii Boga. Jezus rzeczywiście mówił o ciężarze krzyża. Ciekawe, czy myślał też o tym czynionym na sobie, tak trudnym do wykonania?

Czy widziałeś kiedyś prawdziwych kibiców (nie chuliganów) wychodzących z dobrego meczu?
- Widziałeś, jak mu podał? Ale tam był spalony. No coś ty, przecież tamten stał przed nim. Nie, nie było. Ale świetna bramka... Tam go fajnie wypuścił...
Posłuchaj jak żyją w nich emocje i obrazy z boiska, których byli świadkami.

Czy widziałeś kiedyś ludzi, którzy wychodzą z kina z dobrego filmu?
- Ale go załatwił... No tak, bo on myślał, że jest z mafii. No nie on był policjantem... No właśnie go rozpracowywał od środka. To ta kobieta ich sypnęła... No właśnie ona była z ich bandy.
Posłuchaj, jak żyją obrazami, które przed kilkoma chwilami widziały ich oczy.

Czy widziałeś kiedyś ludzi, którzy wychodzą z pięknego koncertu muzycznego? Słyszałeś jak opowiadają o dźwiękach, które słyszały ich uszy. Kupowane płyty maja im przedłużać chwile zadumy i refleksji. Mówią o talencie wykonawców i urodzie ulubionych idoli.

Czy widziałeś kiedyś ludzi, którzy wychodzą z kościoła z niedzielnej Mszy Świętej? Słyszałeś, jak mówią o nudzie, smęceniu, fatalnej oprawie muzycznej, zmarnowanym czasie, bezsensownym kazaniu, długich ogłoszeniach... Dziwny paradoks. Nie tańczą z radości. Nie skaczą sobie w ramiona. Nie rozpiera ich euforia po spotkaniu Chrystusa. Nie przeżywają jak kibice, widzowie, słuchacze. A wychodzą z największego i najpiękniejszego misterium Chrystusa. Wstydzą się emocji. Wstydzą się Boga.

Zapytaj mnie wreszcie, dlaczego Ci to piszę na niedzielę Trójcy Świętej. Odpowiem: Tej prawdy nie da się zrozumieć. Nią trzeba żyć. Zapamiętaj tylko jedno zdanie: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Jedynego Syna. Życie wieczne będzie miał tylko ten, kto w Niego uwierzy. Bądź nim Ty.

P.S.
Przepraszam, jeśli w niedzielę przed Twoim kościołem ktoś nagle w euforii rzuci ci się w ramiona. Prawdopodobnie będę to ja!

Być apostołem (uroczystość Piotra i Pawła)

refleksja na uroczystość Piotra i Pawła
Przemysław Solarski sdb

Piotr i Paweł mają ze sobą wspólne pragnienie - iść za Jezusem. Paweł - ów poroniony płód - biegnie do wyznaczonej przez Pana mety. Piotr - człowiek grzeszny - kroczy za Nauczycielem.

Nie sposób być w Rzymie i nie natknąć się na ślady dwóch pierwszoplanowych apostołów. Począwszy od potężnej i bogatej bazyliki św. Piotra, obecnej siedziby papieża, aż po piękną i surową bazylikę św. Pawła, już za starożytnymi murami miasta, spacerując, napotyka się co krok na miejsce upamiętniające obecność któregoś z uczniów Jezusa. Na Zatybrzu jest miejsce śmierci Piotra. Tuż przy Forum Romanum przebywali w ciasnym więzieniu obydwaj świadkowie Zmartwychwstałego. Nieopodal katakumb św. Kaliksta odwiedzić można kościółek Quo vadis, gdzie Chrystus miał spotkać uciekającego z Rzymu Piotra. To tylko kilka przykładów spośród wielu. Rzym jest miastem, które oparło się już nie tylko na siedmiu pagórkach, ale przede wszystkim na fundamencie wiary apostołów Piotra i Pawła. Warto wybrać się do Wiecznego Miasta, aby zaczerpnąć ducha apostolskiego i odświeżyć sobie podstawy chrześcijańskiej wiary.

Piotr i Paweł stanowią prawdziwe bogactwo Kościoła, które wciąż można odkrywać. Obydwaj prezentują zupełnie różne typy osobowości, odmienne życiorysy, inne drogi wiary i nawrócenia. Nawet ich śmierć była różna. Chyba jedyne, co ich tak naprawdę łączy, to Chrystus. Właśnie dlatego są oni dla nas bezcenni. Różnorodność członków Kościoła nie jest problemem, jeśli wszystkich jednoczy Pan.

Piotr był prosty w swej wierze, Paweł otrzymał solidne wykształcenie religijne. Piotr nawracał się długo, zaliczając po drodze zdradę i nie pojmując od razu sensu Jezusowego nauczania. Paweł przeżył spektakularne nawrócenie i wziął się do ewangelizacyjnej roboty z gorliwością równą tej, z jaką prześladował ongiś uczniów Pańskich. Piotr starał się przede wszystkim zafascynować Mesjaszem swoich rodaków. Paweł śnił o zdobyciu pogańskiego świata dla Chrystusa. Piotr to typ ostrożny i stateczny, choć nie brak mu odwagi i otwartości. Pawła można określić jako szaleńca słusznej sprawy i inteligentnego ryzykanta, któremu jednak nie brak autorefleksji i roztropności.

Piotr i Paweł mają ze sobą wspólne pragnienie - iść za Jezusem. Paweł - ów poroniony płód - biegnie do wyznaczonej przez Pana mety. Piotr - człowiek grzeszny - kroczy za Nauczycielem. Choć świadomi swojej słabości i braków, bez kompleksów jednak mówią o sobie: z woli Boga jestem apostołem Chrystusa. Pokora i godność, wiara i miłość, jasno wyznaczony cel i bezkompromisowa konsekwencja w realizacji wybranej drogi życia - wszystko to tworzy ich tożsamość pierwszoplanowych uczniów Mistrza. Wiedzieli, co jest ich głównym motywem życia: wiara w Syna Bożego. Postawili sobie konkretny cel do osiągnięcia: ogłosić innym wieść o Jezusie Zbawicielu. Poradzili sobie z realizacją planów i nadali całemu ich życiu sens: pozostali wierni do końca, zapłacili nawet cenę krwi. Mają prawo być fundamentem Kościoła, na którym inni mogą się oprzeć w swojej drodze wiary, powołania, życia.

Nasza wiara jest budowana na fundamencie wiary apostołów. Nasz Kościół jest apostolski. Nasze powołanie chrześcijańskie jest apostolskie. Co to znaczy dla ciebie? To znaczy: "weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii mocą Bożą!". Pokaż swoim życiem, że postępujesz tak, jak nauczał Chrystus i Jego apostołowie. Uznaj wszystko za mniej ważne (to nie znaczy nieważne!) niż poznanie Chrystusa i życie w jedności z Nim. Nie oddzielaj wiary i modlitwy od codzienności, ale żyj tym, w co uwierzyłeś - to wskazuje na duchowe i psychiczne zdrowie. Prowadź się wreszcie tak, żebyś kiedyś zasiadł w niebiańskim towarzystwie jako umiłowane dziecko Boga i dziedzic rajskich bogactw. Nie trzeba być nie wiadomo kim. Trzeba natomiast wiedzieć, kim się jest. I kim ostatecznie chce się być. Paweł i Piotr wiedzieli. Dziś ich dwa olbrzymie posągi przed wejściem do watykańskiej bazyliki uświadamiają nam sens bycia uczniem Jezusa - bycia dla innych drogowskazem do nieba. To właśnie oznacza być apostołem.

Błogosławieni (Wszystkich Świętych)

refleksja na uroczystość Wszystkich Świętych
ks. Jan

Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni...

Błogosławieństwa wypowiedziane przez Jezusa podczas tzw. Kazania na górze od starożytności były uważane za niezwykle istotne wskazania na drodze do osiągnięcia chrześcijańskiej doskonałości. Warto pomyśleć, że już w VIII wieku ten fragment Ewangelii był odczytywany w Uroczystość Wszystkich Świętych. I tak przez stulecia, aż po dzień dzisiejszy kolejni chrześcijanie zapraszani są do uczestnictwa w Bożym błogosławieństwie.

Muszę przyznać, że ze spuszczoną głową wsłuchuję się w te słowa Ewangelii. Prawdziwy rachunek sumienia: czy rzeczywiście jestem sprawiedliwy, pokorny, cichy, miłosierny, czysty sercem.... Z drugiej strony Ewangelia ta, w kontekście celebrowanej uroczystości, wzbudza we mnie głęboką tęsknotę za Bożym błogosławieństwem. Chcę być błogosławionym, czyli obdarowanym przez Boga i zdolnym do pełnienia dobrych czynów, do owocowania miłością. Takie jest bowiem znaczenie błogosławieństwa, które nie może być pojmowane tylko w kategoriach przysłowiowego szczęścia. Szkoda tylko, że dzisiaj ludzie bardziej chcą być szczęśliwymi niż błogosławionymi. W przeciwieństwie do popularnie pojmowanego szczęścia, które może być przeżywane indywidualnie, błogosławieństwo zakłada relację z drugą osobą. Trzeba bowiem być błogosławieństwem dla drugiego człowieka, swoich rodziców, rodzeństwa, kolegów, aby im z nami było dobrze. Julian Tuwim, nazwie to drugim szczęściem. "Dwa szczęścia są na świecie, jedno małe - być szczęśliwym, drugie - uszczęśliwiać innych".

Spieszę jeszcze wyjaśnić sformułowanie, którego przez wiele lat nie mogłem zrozumieć. Mianowicie, Jezus w pierwszym błogosławieństwie mówi o ludziach ubogich duchem. Czy to znaczy, że z nimi mam się utożsamiać? Oni mają być przykładem do naśladowania? Semickie "‘Anawim ruach" to ludzie o "sercach złamanych", ludzie "zgnębieni na duchu", którzy w swojej bezsilności Boga proszą o pomoc.

W Uroczystość Wszystkich Świętych modlę się za was wszystkich, odwiedzających ten portal, abyście byli Błogosławieni.

 

Tam jest dobrze (2 listopada)

refleksja na wspomnienie wiernych zmarłych
Łukasz Głowacki

Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (Ewangelia wg św. Jana)

W drugim dniu listopada przypominam sobie ostatnio 2 kwietnia 2005 roku. I te wszystkie dni, które większość z nas zapamiętała jako czas odchodzenia Jana Pawła II.

Dla wielu, szczególnie młodych ludzi, była to okazja do pełnego emocji powiedzenia sobie i innym, że kochali papieża-Polaka. Były deklaracje, miliony zapalonych świateł, wzruszające tłumne modlitwy, nastrój pojednania. Słowem - kolejny cud nad Wisłą.

Tamte dni były również doskonałą okazją do zastanowienia się nad śmiercią. Zaliczam się do ludzi, którzy przeszli wtedy przyspieszone rekolekcje. Minęło ledwie kilka dni od śmierci jednej z bliskich mi osób. I tak jak niewiasty z Ewangelii, szukałem jej wśród umarłych. Chodziłem przestraszony, smutny, nie mogąc oczywiście pogodzić się z tym, że na pewno nie powiedziałem słów, które powinienem był przed pożegnaniem powiedzieć. Nie martwiłem się o osobę zmarłą, ale o siebie, w jakiś sposób osieroconego.

Tymczasem odchodzenie Jana Pawła II sprawiło, że emocje przeniosły się w inny świat. Wzmocniło nadzieję, że Tam naszym bliskim zmarłym jest dobrze. Że skoro wkrótce będzie Tam również nasz ukochany papież, nikt w jego pełnym empatii towarzystwie nie będzie się czuł samotny.

Oczywiście to były emocje, rozczulanie się...

Ale kiedy w dowód naszej pamięci przychodzimy pomodlić się przy grobie bliskich zmarłych, wcale nie musimy tych emocji ukrywać. Nie muszą pozostawać zaklęte jedynie w dziesiątkach zapalonych zniczy, pięknie ułożonych kwiatach i znaczącym milczeniu na grobem. Mogą przechadzać się wzdłuż straganów z lampkami, obwarzankami, pistoletami na kapiszony (są jeszcze w sprzedaży?) i kwiatami. Mogą pojawiać się w rozmowach z tymi, których spotykamy być może tylko raz w roku, bo łączą nas jedynie leżące blisko siebie groby. Mogą rozwinąć się w modlitwach w intencji tych, którzy odeszli wcześniej niż my.

Mogą wreszcie zamienić się w uśmiech radości ze spotkania (w drodze na cmentarz lub z cmentarza) kogoś, kogo już dawno nie widzieliśmy. Bo ten uśmiech wiele zmienia. A jeśli dodatkowo na pytanie o to, co słychać, nie odpowiemy najczęstszego "jakoś leci", ale "ostatnio udało mi się..." - to znak, że rekolekcje z 2 kwietnia 2005 nie rozmyły się razem z emocjami, które nam wtedy towarzyszyły.

Dzień Zaduszny

refleksja na wspomnienie wiernych zmarłych
ks. Jan

Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? (List do Rzymian)

Z początkiem listopada cmentarze stają się wyjątkowo piękne, i to nie tylko barwą kwiatów i światełkami lampek, ale przede wszystkim klimatem modlitewnej zadumy i powagą serdecznych wspomnień tych, co odeszli.

Dzień Zaduszny to szczególne przeżywanie tajemnicy świętych obcowania. My, żyjący, upraszamy u Boga miłosierdzie naszym drogim zmarłych, a oni wyjednują nam u Boga łaskę świętego życia. Taka "święta wymiana" darów duchowych. To tak, jakbyśmy chcieli naszych zmarłych "podsadzić" na naszych barkach do nieba, a oni próbowali trzymać nas za ręce i ciągnąć ku temu co Boże, niebiańskie, nadprzyrodzone.

Za każdym nazwiskiem i datą życia na nagrobku kryją się niezbadane tajemnice ludzkich losów, przeplatanych sobą radości i smutków, nadziei i rozczarowań, zwycięstw i porażek.

Straty i rozłąki są bolesne, i na ogół niezrozumiałe: dlaczego właśnie on, dlaczego teraz, dlaczego...

Pytań może być wiele, nie na wszystkie dzisiaj znajdziemy odpowiedź. Najważniejsze, że dusze tych, co odeszli, są w ręku Boga. Zaduszki to dzień pamięci o zmarłych i zarazem dzień wdzięczności Stwórcy za ich istnienie. Dziękujemy Bogu za to, że byli częścią naszego życia, tworzyli naszą historię, doświadczaliśmy ich dobroci i sympatii.

Za czasów mojej formacji seminaryjnej w tradycji salezjańskiej było nawiedzanie w ostatni dzień miesiąca pobliskiego cmentarza. Była to okazja do modlitwy za zmarłych współbraci, ale przede wszystkim ta praktyka służyła formacji duchowej. Cmentarz uczy bowiem życia. Zmarli nadal do nas mówią. Dzień Zaduszny, jak każde nawiedzenie cmentarza, posiada coś z odwiedzenia biura podróży i planowania w przyszłości swojego wyjazdu. Znamy już miejsce docelowe, pod znakiem zapytania pozostaje tylko termin.

Warto zatem mieć wszystko spakowane i przygotowane na tę najważniejszą po przyjściu na świat, drugą już, podróż swojego życia, tym razem do życia wiecznego.

 

Matka kościołów (Bazyliki św. Jana na Lateranie)

refleksja na święta poświęcenia Bazyliki św. Jana na Lateranie
ks. Jan

Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście.

Obchodzone dzisiejszej niedzieli święto poświęcenia "matki i głowy wszystkich kościołów Miasta i Świata", jak nazywa się Bazylikę świętego Jana na Lateranie, oraz teksty biblijnych czytań mszalnych koncentrują naszą uwagę na kościele. Znaczenie tego słowa jest wieloznaczne. Kościół to wspólnota wszystkich ochrzczonych, ci żyjący i umarli, święci i grzesznicy, którzy przyznają się do Jezusa. Pomyśleć tylko, w jak ciekawym towarzystwie przyszło mi żyć, a jak cudowne perspektywy są przede mną. Inny wymiar Kościoła ukazany jest przez świętego Pawła w Liście do Koryntian. Apostoł przypomina, że "każdy z nas jest świątynią Boga i że Duch Boży w nas mieszka".

Rzeczywiście, to, co dokonało się na chrzcie świętym, przerasta wszelkie pojęcie. Dzięki łasce sakramentalnej żyje w nas Duch Święty, który uzdalnia nas do modlitwy, ofiary i miłości. To nie znaczy jednak, że nie potrzebujemy naszych kościołów parafialnych jako miejsca kultu. Wszak sam Jezus systematycznie, zgodnie ze starotestamentalnym prawem, uczęszczał do Świątyni Jerozolimskiej i uczestniczył w modlitwach synagogalnych. Jezus, Syn Boży, naprawdę był Żydem praktykującym!

Dzisiejszego dnia musi pojawić się także pytanie o moją zażyłość z kościołem parafialnym. Jaka jest moja odpowiedzialność i troska o ten budynek? Na ile on jest dla mnie domem wzrostu w wierze i miejscem spotkania się z Bogiem. Jakże rzewny i wymowny jest obraz utrwalony na fotografiach ukazujący rozmodlonego papieża Jana Pawła II klęczącego w głębokiej zadumie przy chrzcielnicy w swoim parafialnym kościele w Wadowicach. Czy kocham to miejsce, gdzie byłem chrzczony, przyjmowałem Pierwszą Komunię Świętą, w sakramencie pokuty odzyskuję czystość serca?

Po dziś dzień trwa nie utulony płacz tysięcy pobożnych Żydów, którzy pochyleni przy murze płaczu w Jerozolimie wspominają swoją Świątynię, która nigdy nie zostanie odbudowana.

Spójrzmy na Jezusa w dzisiejszej Ewangelii, z jaką determinacją "walczy" o świętość i czystość kultu w Świątyni Jerozolimskiej. O ileż bardziej jest On jednak zatroskany o czystość serc naszych.

Z życia warszawskiej kancelarii parafialnej:
Interesantka: - Poproszę o zaświadczenie, abym mogła być matką chrzestną.
Proboszcz: - Uczestniczy pani w niedzielnej Eucharystii?
I: - Nie, ale modlę się w lesie.
P: - To niech pani zgłosi się po zaświadczenie do leśniczego.