Wielki Post

Modlitwa, post i jałmużna (1. wielkiego postu)

refleksja na 1. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

"Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych"

Księga Rodzaju opisuje stworzenie człowieka na dwa sposoby. W pierwszym widzimy go stworzonego na obraz i podobieństwo Boga, jako ikonę Stwórcy. W drugim, jako tego, który stworzony został z prochu ziemi i który w proch się ponownie obróci. Oba te pojęcia - obraz i proch - oddają biegunowość natury ludzkiej.

Tę rozpiętość potęguje fakt, że od czasów rajskich człowiek stale stoi przed wyborem: słuchać węża czy słuchać Boga? Wybrać stworzenie czy Stwórcę?

Ponieważ człowiek jest tylko garstką prochu trzeba wybaczyć mu jego małość i popełniane występki. Ponieważ jest jednak obrazem Boga, należy oczekiwać od niego prawości i ciągłego nawracania się do swego Pierwowzoru. Popielcowy proch staje się dla nas swoistym memento.

Z kolei w greckim Kościele prawosławnym okres postu rozpoczyna się w "Czysty Poniedziałek". Wówczas to wierni całymi rodzinami wyjeżdżają na wieś, wchodzą na wzgórza i puszczają kolorowe latawce. Ta praktyka jest zachętą do kojarzenia czasu umartwienia ze świeżym powietrzem, z nadejściem wiosny, ze wznoszenie się ku niebu. Z serca człowieka wypływa wówczas liryczna modlitwa: "Nadchodzi postna wiosna, kwiat nawrócenia zaczął się rozwijać i wznosić ku niebu - niczym latawiec".

Popiół spadający na głowę i latawiec wnoszony ku niebu - te z pozoru przeciwstawne obrazy - tworzą doskonały wielkopostny introit.

Czym zatem wypełnić owe czterdzieści dni? Co czynić, aby nie przegrać na pustyni kuszenia, którą jest ludzkie życie?

Odpowiedzią, którą troskliwie podsuwa nam Kościół, jest modlitwa, post i jałmużna.

W mojej modlitwie nie chodzi jednak o samą modlitwę, o słowa, gesty, techniki. W modlitwie chodzi o mnie wobec Boga. O ogołocone pragnienie spotkania z Nim, które dopiero później przyodzieję odpowiednią szatą modlitwy.

Post, który również nie jest celem sam w sobie, lecz środkiem prowadzącym do odnowienia relacji i więzi, pobudza do wrażliwości duchowej. Post oczu - gdy chronię wzrok od patrzenia na marności tego świata. Post słuchu - gdy chronię uszy od wsłuchiwania się w plotki, obmowy i szukania taniej sensacji. Post języka - gdy chronię moje wargi od wypowiadania słów wulgarnych i zbędnych. Post od przyjemności pokarmu, napoju - gdy przypominam sercu, że "nie samym chlebem żyje człowiek".

Jałmużna. To dzielenie się tym, co jest moim bogactwem, wartością. Czas, zdolności, dobre słowo, pieniądze, rzeczy materialne, pomoc innym - to wszystko może pomóc mi uwolnić się z pułapki egoizmu.

I jeszcze jedna myśl na tę niedzielę. Jezus nie walczył z kusicielem na kamienie. Walczył Słowem Bożym. Niech ono będzie również dla nas mocnym orężem w naszych duchowych zmaganiach.

"Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste
i odnów we mnie moc ducha".

 

Każdy swoją górę ma (2. wielkiego postu)

refleksja na 2. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

"Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza"

W minioną niedzielę ewangelista przedstawił nam zdarzenie z góry kuszenia (Mt 4, 8). Dzisiaj wspinamy się na górę Tabor. Ta oraz góra Błogosławieństw, Oliwna, Golgota, Wniebowstąpienia znaczą kolejne ważne etapy ziemskiej misji Jezusa. Góry te stają się niemymi świadkami wydarzeń rozgrywanych pomiędzy niebem i ziemią, symbolizują niedostępność tajemnicy Boga, podpowiadają potrzebę ciągłego wznoszenia się wzwyż, podkreślają wzniosłość Jezusowych czynów.

Dlaczego jednak przemienienie Jezusa ma miejsce pomiędzy pierwszą o drugą zapowiedzią Jego męki? Dlaczego również my kontemplujemy tak "niewielkopostny" widok akurat w tym czasie?

Jezus jest zatroskany o apostołów. Ma jednocześnie świadomość, że zbliża się największa dla nich próba, próba wiary. Zostanie ona wystawiona na totalne oczyszczenie na Górze Golgoty. Golgota to widok zmiażdżonego cierpieniem Mesjasza, to widok ukrzyżowanego Boga. To widok - weryfikacja. Weryfikacja wszelkich ludzkich wyobrażeń i nadziei związanych z Jezusem. Nadziei, które często wiązano jedynie z doraźnymi korzyściami i doczesnym królestwem. Golgota to bezlitosna okoliczność, aby udzielić ostatecznej odpowiedzi na pytanie: A wy, za kogo Mnie uważacie? (Mt 16, 15).

Dlatego potrzebny był Tabor. Światło przed mającą ogarnąć ziemię ciemnością. Aby nie zwątpić na Golgocie. Tabor wpisuje się w cały proces wychowania uczniów do wiary. Były osobiste rozmowy z Jezusem, była wspólna z Nim modlitwa, były słowa, z których rodzi się wiara, były cuda, które potwierdzają wiarygodność słów. A teraz ukazał im świetlany rąbek Tajemnicy. Aby nie zwątpili.

My jednak znamy wynik wielkopiątkowego egzaminu. Ale czy nie zdajemy go z podobnym wynikiem?

W życiu również mamy swoją górę Tabor, gdzie światło Bożej miłości nas ogrania. Może nią być światło chrztu, pierwszej Komunii, bierzmowania. Czasem naszą górą przemienienia są dobrze odprawione rekolekcje, przeżycia na osobistej modlitwie, spotkanie, takie lub inne wydarzenia. Chcielibyśmy zatrzymać te chwile jak najdłużej. Nie tylko aparatem lub kamerą. Ale sercem gotowym rozbić namiot spotkania, bo dobrze nam tam być.

Lecz przychodzi Wielki Piątek. Na krzyżu egzystencji umiera - to, co dotąd żyło. Milknie to, co dotąd dawało odpowiedzi. Gaśnie to, co dotąd było światłem na naszych twarzach. Jedynym działaniem staje się bezradność, jedyną mową - milczenie Boga, jedyną odpowiedzią - tajemnica, jedyną wspólnotą - samotność. Wówczas kontrast pomiędzy Golgotą a Taborem wydaje się nam nie do wiary!

Pod krzyżem pozostają jedynie nieliczni. Dla tych, którzy tym razem uciekli, będzie na szczęście "egzamin poprawkowy" - ZMARTWYCHWSTANIE.

 

Spotkanie dwóch pragnień (3. wielkiego postu)

refleksja na 3. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

Panie, daj mi tej wody!

Wędrowiec idący z Jerozolimy do Galilei zatrzymał się w Samarii. To jednak miejsce nieprzyjazne na odpoczynek. W tubylcach płynęła wroga krew asyryjskich kolonialistów. Dla Żyda to okolica nieczysta i zakazana. Tym razem miejscem wydarzenia jest studnia w okolicach Sychar (=zatkany). Studnia, czyli być, albo nie być dla człowieka Bliskiego Wschodu. Jest godzina szósta czasu miejscowego, a więc samo południe upalnego dnia.

O tej porze mało kto przychodził po wodę. Jedynie ci, którzy przez wypadki losowe nie mogli jej nabrać rano, lub ci, którzy nie chcieli dawać swoją osobą tematów do plotek i obmów. A kobieta, która miała już pięciu mężów i obecnie żyła pod jednym dachem z kolejnym mężczyzną, który nie był jej mężem to arcykuszący temat dla wścibskich oczu i kąśliwych warg. Szła do źródła sama, niosąc w sobie pragnienie wody, które wywoływał upał tego dnia, i pragnienie szczęścia, które wzmacniało pokomplikowane życie. Nie planowała żadnych nadzwyczajnych wydarzeń, bo i czynność sama w sobie była nader zwyczajną. Wszystko miało okazać się łaską!

Jezus usiadł przy studni zmęczony. Czekał, a w Nim czekało pragnienie. Pragnienie narodzin wiary w Niego także pośród pogan. Reprezentantką tych ostatnich miała się stać nadchodząca kobieta. Wiedział, że nadejdzie. Znał całą historię jej życia. Chociaż jako Rabbi nie powinien publicznie rozmawiać z kobietą, więcej, nie mógł nawet dotykać jej czerpaka na wodę, bo ona była nieczysta. Jednak dla Niego człowiek i jego pragnienie Boga były ważniejsze od litery starego prawa.

Egzystencjalna potrzeba Jezusa stała się pretekstem do pokazania duchowych potrzeb kobiety. Pragnieniu nadał dwojaki sens: cielesny i duchowy, powszedni i wieczny.
- o gdybyś znała? Wzbudza kobiecą ciekawość, by ją następnie naprowadzić na pragnienie wody żywej oraz nowego kultu: w Duchu i prawdzie.
- Panie, daj mi tej wody! - chciałoby się powiedzieć - pierwszy chrzest pragnienia. To pragnienie nowej religii - chrześcijaństwa. To pragnienie nie bezdusznych zakazów i nakazów, pragnienie nie wybranych miejsc i rytualnych gestów, ale pragnienie żywego Boga, którego można adorować w sercu, a który w osobie Jezusa Chrystusa daje nam prawdziwą Miłość.

Jezus objawia kobiecie siebie. Łaska Jezusa wypełniła wypalone serce i zmęczoną duszę Samarytanki. To spotkanie gasi najgłębsze pragnienia jej wnętrza. Do tego stopnia, że zostawania przy studni swój dzban - symbol życiowej pustki oraz doczesnych trosk, i biegnie do miasta jako pierwsza uczennica Jezusa w Samarii.

W tym ewangelicznym opisie znajdujemy ikonę naszej drogi do wiary, do chrztu oraz ikonę chrześcijańskiego powołania kobiety.
- Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Nic doczesnego nas nie nasyci, cokolwiek byśmy osiągnęli w życiu. Nie nasycą nas nasze nowe samochody, mieszkania, zasobne portfele. Każde ugaszone pragnienie materialne będzie rodzić nowe, coraz większe i większe.
- Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki. Cóż to za woda? On sam - Chrystus.

Jezu, pozwól mi się napić wody, którą Ty jesteś , abym już nigdy więcej nie pragnął!

 

Cud, który przywrócił i odebrał wzrok (4. wielkiego postu)

refleksja na 4. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon.

Obecność Jezusa w Jerozolimie prowokuje ożywioną dyskusję na temat Jego tożsamości. Wielu nie podziela przekonania, że to On właśnie jest oczekiwanym Mesjaszem. Pozostaje zbyt wiele pytań związanych z Jego osobą, zachowaniem, nauką. Wielu z detektywistyczną dokładnością próbuje podchwycić Jezusa na czymś, co mogłoby być powodem do sądu. Wizja procesu i oskarżenia wręcz wisi w powietrzu. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi (J 9, 22).

Chrystus pokazuje jednak niezależność swojego działania. Nie kieruje się opinią społeczną. Wykonuje dzieła, które zlecił mu Ojciec. Po raz kolejny uzdrawia w szabat. I po raz kolejny łamie surowe zakazy związane z tym dniem. Tym razem odbiorcą cudu jest niewidomy od urodzenia. Ówcześni lekarze mogli wykonywać jakiekolwiek czynności tylko wtedy, gdy ratowały one bezpośrednio życie chorego. Nie mogli przygotowywać żadnych lekarstw, mikstur, maści, również nie można było w tym dniu wyrabiać gliny do budowy czy ugniatać ciasta. Mieszanie błota i śliny było w oczach faryzeuszy czynnością bluźnierczą. A ślepota od urodzenia była bardziej postrzegana jako boska kara za grzechy własne lub cudze, niż stan zagrażający życiu.

Syn Człowieczy, który jest panem szabatu (zob. Mk 2, 27-28), potwierdza jednak swoją wszechmoc. Cud Jezusa z jednej strony otworzył oczy niewidomemu, z drugiej zaś, zupełnie zaślepił oczy faryzeuszy. Ślepiec, który dotąd nie wierzył - uwierzył. A ci, którzy mieli trochę wiary w Jezusa - pozbyli się jej zupełnie, obwieszczając, że jest On tylko człowiekiem i grzesznikiem (zob. J 9, 24). Zdarzenie z nad sadzawki Siloe uświadamia nam, że wiara to sposób widzenia świata, w którym żyjemy. Dwoje ludzkich oczu patrzących na tę sama Postać może widzieć zupełnie kogoś innego. Wiara ma oczy, których nie ma ciało.

Ewangeliczna ślepota może być symbolem człowieka żyjącego według ciała, na uwięzi, w niewoli, w grzechu, w ciemności. Człowieka, który nie ma światła dla swojego życia. Jakże często ten stan jest naszym osobistym stanem?

Trzeba nam wówczas z pokorą upaść przed Jezusem i prosić:
- Panie, spraw, abym przejrzał! Panie, namaść moje oczy łaską wiary, abym zobaczył Twoją obecność między wierszami swojego życia. Abym odnalazł właściwy kierunek na bezdrożach swojego życia. Panie, poślij mnie do sadzawki Siloe, w której obmyję się strumieniami Twojego miłosierdzia, w której odświeżę swoją nadzieję. Panie, daj odwagę, abym bez lęku składał świadectwo mojej wiary w Ciebie.

 

Wyjdź na zewnątrz! (5. wielkiego postu)

refleksja na 5. niedzielę wielkiego postu rok A
Sosna

Ja jestem zmartwychwstanie i życie, kto we Mnie wierzy, nie umrze na wieki.

Umarł Łazarz.

Gościny dom w Betanii okryła bolesna żałoba. Wielu też Żydów przybyło do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie (J 11, 19). To nieopisana strata. Poprzedzała ją nadzieja sióstr na rychłe przyjście Przyjaciela z Nazaretu, który jako jedyny mógłby powstrzymać i odwrócić dramatyczny bieg wydarzeń. On jednak nie zdążył na czas. Jak się miało wkrótce okazać, pozornie nie zdążył. On po prostu szedł swoim czasem, czasem paschalnych wydarzeń, które zmieniały bieg wszystkiego.

Marta wyszła na spotkanie Jezusowi.

Panie, gdybyś był tutaj (J 11, 21). Wiarę Marty w uzdrowienie brata uzasadniała powszechna wiedza o cudach dokonanych przez Jezusa. To mieściło się w ludzkim rozumie, bo tak wielu dotąd uzdrowił. Zebrani żałobnicy również podzielali jej przekonanie, pytając: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? (J 11, 37). Natomiast wszelka logika kazała wykluczyć wskrzeszenie rozkładającego się już od kilku dni nieboszczyka. O takim zdarzeniu nikt dotąd nawet nie słyszał. Bezradność człowieka wobec śmierci była niezaprzeczalna. To wszystko potęgowało kontrast pomiędzy zastaną sytuacją a czynem, którego miał dokonać Jezus.

Jezus zapłakał.

Były to łzy przyjacielskiego współczucia. Łzy solidarności z cierpieniem. On nie był teoretykiem cierpienia. Wszak był do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu (por. Hbr 4, 15).

Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! (J 11, 43).

I wyszedł! Czyż możemy sobie wyobrazić zdumienie na twarzach ludzi zebranych wokół grobu? Starach i euforia, lęk i uniesienie, łzy żałoby zamienione na łzy radości. Bezradność rozumu, który musiał poddać się wobec zaistniałych faktów. Łazarz ożył. Oczy sióstr skupiają się na bracie. Oczy większości świadków - na Jezusie. Kim zatem jest Ten, który to sprawił? Trudno nie odnieść wrażenia, że wskrzeszenie całkowicie potwierdziło słowa, które Jezus mówił o sobie i swoim pochodzeniu: albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce (J5, 21).

Cud jednak okazał się mieczem obosiecznym.

Uderzył w faryzeuszów, ale też stał się dla nich dowodem w sprawie przeciw Jezusowi. Takie zdarzenie było postrzegane przez nich jako zagrożenie, bo: wszyscy Mu uwierzą. Wtedy wkroczą też Rzymianie i zlikwidują zarówno naszą świątynię, jak i naród (J 11, 48). Przywódcy narodu ostatecznie zatem nie uznali Jezusa za Mesjasza, uznali go za zwykłego człowieka. W tym też dniu postanowili, że będzie korzystniej, jeśli jeden człowiek (Jezus) umrze za lud, niż gdyby miał zginąć cały naród (J11, 50).

Łazarz - to moja droga duchowa.

Niewiara i ciemności grzechu to kamienista pieczara, w której rozkłada się moje życie. Jezus, poruszony moim losem, przychodzi i woła mnie po imieniu: Wyjdź na zewnątrz! Wyjdź, by narodzić się na nowo. Narodzić się w wodach chrztu to zdjąć z siebie śmiertelne opaski i żyć pełnią wiarą. Zatem: zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus (Ef 5,14).

Jerozolimo, dlaczego pytasz? (Niedziela Palmowa)

refleksja na Niedzielę Palmową rok A
Sosna

A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach! Gdy wjechał do Jerozolimy, poruszyło się całe miasto, i pytano: "Kto to jest?" (Mt 21, 9-10)

Rozpoczęło się.

Początek tygodnia wielkich wydarzeń.

Jerozolima otwiera swoje bramy dla Jezusa.

Jej lud, rozbudzony nadzieją na wolność od okupanta, wolność od podatków i ucisku woła: Hosanna! (od hebr. hōszi'ā nnā - zbaw teraz, prosimy). W znakomitej większości nieświadomy, że jego gardła stają się też symbolem wołających wieków i niepoliczonej rzeszy ludzkości czekającej na Mesjasza i łaskę odkupienia. Mimo wszystko na kamienistych ulicach miasta wypełniają się słowa Pisma: ...świętuj, córko Jeruzalem: oto Król twój nadchodzi do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski, pokorny, jedzie na oślątku, źrebięciu oślicy (Zach 9,9).

Rozpoczęło się.

Początek tygodnia wielkich wydarzeń.

Jerozolima otwiera swoje bramy dla Jezusa.

Jej lud, rozbudzony nadzieją na wolność od okupanta, wolność od podatków i ucisku woła: Hosanna! (od hebr. hōszi'ā nnā - zbaw teraz, prosimy). W znakomitej większości nieświadomy, że jego gardła stają się też symbolem wołających wieków i niepoliczonej rzeszy ludzkości czekającej na Mesjasza i łaskę odkupienia. Mimo wszystko na kamienistych ulicach miasta wypełniają się słowa Pisma: ...świętuj, córko Jeruzalem: oto Król twój nadchodzi do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski, pokorny, jedzie na oślątku, źrebięciu oślicy (Zach 9,9).

To również Jerozolima decydentów religijnych oraz politycznych, którzy czekają z wyrokiem skazującym w ręku. Ukryci za tłumem, mówiący półszeptem, ociężali winą. Ich niespokojne oczy widzą Go niczym Salomona jadącego do Gichonu, aby zostać namaszczonym na króla. Lecz oni nie chcą, aby On był ich królem. Jego wizja królestwa nie mieści się w ich kryteriach i kategoriach. Dla niech jest On tylko charyzmatycznym człowiekiem uzurpującym sobie prawo do starotestamentalnych obietnic. Jest zagrożeniem dla struktur i układów, które dają im tymczasowe poczucie bezpieczeństwa.

Jerozolimo, Jerozolimo!
Co jeszcze miałoby się wydarzać, abyś rozpoznała czas swego nawiedzenia?
Co jeszcze chciałaś usłyszeć - aby naprawdę zrozumieć?
Co jeszcze chciałaś zobaczyć - aby się przekonać?
Czego jeszcze chciałaś doświadczyć - aby uwierzyć?
Kogo zatem teraz witasz, jeśli pytasz: Kto to jest?

A ja? W którym miejscu miasta stanę dzisiaj?
Do kogo się przyłączę?
Kogo będę witał, śpiewając: Hosanna!?
I gdzie będę w najbliższy poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek, sobotę i wczesny niedzielny poranek?

Wielki Czwartek

2008
Piotr Niedzielski

Pewnie w wielkoczwartkowy poranek jeszcze to do nas nie dociera, jeszcze jesteśmy myślami gdzieś bardzo daleko, przy naszej szarej codzienności.

Podoba mi się atmosfera Wielkiego Czwartku. To taki wyjątkowy dzień. Do wieczora, do Mszy Wieczerzy Pańskiej, mamy przecież jeszcze Wielki Post. Przed południem w kościołach katedralnych całego chrześcijańskiego świata odbywają się msze krzyżma, podczas której prezbiterzy w obecności swojego biskupa odnawiają swoje święcenia, a także święci się oleje, używane później do udzielania sakramentów. Jednak w liturgii mamy wtedy wciąż Wielki Post.

Pewnie w wielkoczwartkowy poranek jeszcze to do nas nie dociera, jeszcze jesteśmy myślami gdzieś bardzo daleko, przy naszej szarej codzienności. Jednak wieczorem wszystko cichnie. Świąteczne przygotowania powinny właściwie już wtedy dobiegać końca. Szkoda, że w dzisiejszych czasach niejednokrotnie dzień ten jest normalnym dniem pracy i nauki.

Wieczorem zaś zaczyna się to największe z chrześcijańskich świąt. Największe, najdłuższe, najważniejsze, najpiękniejsze. Święte Triduum Pachalne. Trzy dni, a każdy z nich niemniej ważny od innych, przepełniony głęboką symboliką, ukazujący piękno mistycznego Ciała Chrystusa - Kościoła. Szczyt roku liturgicznego.

Wielki Czwartek rozumiem jako dzień jedności i miłości. W ten dzień powinniśmy być razem, jako jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Osoby duchowne i świeccy. Bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, status materialny. Eucharystia sprawowana tego dnia bardzo mocno akcentuje potrzebę tej jedności nas wszystkich, członków Kościoła. Widać to szczególnie w czytaniach liturgicznych. Ukazują one, jak ważna jest jedność i miłość. To właśnie na tych dwóch fundamentach powinna być oparta nasza wiara. Nie jest to jednak łatwe, bowiem miłość chrześcijańska w niczym nie przypomina tej z hollywoodzkich filmów. Chrześcijanie służą sobie wzajemnie, stają się dla siebie sługami na wzór ich Mistrza, Jezusa Chrystusa, który sam się uniżył i przyjął postać Sługi. To wzór doskonałej miłości. Uczmy się jej w Wielki Czwartek. Podczas tej niezwykłej, uroczystej Mszy świętej, która jest pamiątką ustanowienia przez Jezusa dwóch sakramentów: Eucharystii i kapłaństwa, i podczas której cichną w naszych świątyniach organy i dzwonki (ich miejsce zajmują drewniane kołatki).

Pomyślmy o tym wszystkim także wieczorem, adorując w ciszy naszego Pana obecnego w Najświętszym Sakramencie. Będzie na nas czekał w tradycyjnej ciemnicy, która ma symbolizować więzienie, do którego trafił. Oczami wyobraźni możemy przenieść się do Ogrodu Oliwnego. Wtedy, gdy Jezus modlił się tam w samotności, apostołowie nie wykazali się wytrwałością. A jak będzie ze mną, z Tobą? Chrystus już następnego dnia umrze za nas wszystkich na krzyżu, przeleje swoją krew dla naszego zbawienia. Znajdę czas, by się z nim spotkać?

 

Wielki Piątek 2008

Paweł Kuźma

Przychodzi On do swojego stworzenia, które go odrzuciło, i składa propozycję powrotu, i w imię tej propozycji cierpi i daje się zabić.

Człowiek w momencie swojego stworzenia dostał wolną wolę. Jednak ten dar mu nie wystarczał. Zapragnął czegoś więcej, zapragnął władzy absolutnej nad sobą. Chciał niczym Bóg stanowić o tym, co jest dobre, a co złe. Historia ludzkości pokazuje nam jednak, że największe zbrodnie, dramaty pojawiają się w sytuacji, kiedy człowiek w miejsce moralności Pana Boga wprowadza swoją własną.

Rządy człowieka nad samym sobą przypominają państwo totalitarne. Gospodarka pada, w kraju bieda, nawet niżsi dygnitarze zaczynają cierpieć niedostatek. Władza jest jednak tak pociągająca, że nikt nawet nie myśli o pożegnaniu się z nią. Dlatego właśnie musiał umrzeć Pan Jezus.

Jest On i dla nas wyrzutem sumienia. Odwołuje się do korzeni, do czasów, kiedy człowiek oglądał Boga twarzą w twarz. I pewnie każdy z nas czuje przez skórę, że to dobra droga, że tak powinno być. Ale niestety trzeba zrzec się władzy, trzeba odrzucić swoją kulawą moralność i przyjąć tę proponowaną przez Jezusa.

Stajemy więc dzisiaj, patrząc na jaśniejącą postać Chrystusa, która tak bardzo nas przyciąga, ale musimy oddać to rajskie jabłko, do którego smaku tak bardzo się przyzwyczailiśmy. Po chwili namysłu jabłko odkładamy na bok, ale tylko po to, aby wziąć do ręki kamień. Chrystus zaczyna nas razić swoim blaskiem i nie pozwala spokojnie delektować się smakiem pychy.

Baranek zgładził grzech

Bóg swoją śmiercią krzyżową gładzi nie tyle grzech pierworodny, co jego konsekwencje. Nadal nas do niczego nie zmusza. Jeżeli jednak oddamy mu władzę nad naszym życiem, to - inaczej niż w świecie ludzi - nie czeka nas kara, ani nawet z wyrzutem powiedziane: "a nie mówiłem!" Miłość Boga nie zna granic, jest absolutna. Przychodzi On do swojego stworzenia, które go odrzuciło, i składa propozycję powrotu, i w imię tej propozycji cierpi i daje się zabić.

W męce Chrystusa jawi się też piękne świadectwo Boga dane człowiekowi. Jest to świadectwo wiarygodności. Ludzie w osobie Jezusa Chrystusa doświadczają największego bólu, to jest odrzucenia, wyparcia się, braku wiary i miłości. Ale także Bóg doświadcza wszelkich możliwych ludzkich cierpień: zdrady, poniżenia, niesprawiedliwości, prześladowania, tortur i wreszcie śmierci. Od tej pory nasze cierpienia są nierozerwalnie związane. Bóg staje razem z człowiekiem do walki z grzechem. Jest to przymierze najwspanialsze, bo możemy być pewni, że Bóg wie, jakie to dla nas trudne. Jezus sam doświadczył, jak bolesna jest ta walka. Jest z nami, kiedy leżymy pokonani i jest też dla nas inspiracją, żeby wstać, żeby się nigdy nie poddawać.

 

 

Szabat 2008 (Wielka Sobota)

2008
Ewa Wyrębska

Trzeba nam więc może uświadomić sobie, że Wielka Sobota to niezwykły czas kosmicznego wytchnienia, ostatniego szabatu Starego Przymierza.

"Był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Wysokiej Rady. Nie przystał on na ich uchwałę i postępowanie. Był z miasta żydowskiego Arymatei, i oczekiwał królestwa Bożego. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie, wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany. Był to dzień Przygotowania i szabat się rozjaśniał. Były przy tym niewiasty, które z Nim przyszły z Galilei. Obejrzały grób i w jaki sposób zostało złożone ciało Jezusa. Po powrocie przygotowały wonności i olejki; lecz zgodnie z przykazaniem zachowały spoczynek szabatu"

W obchodzeniu Triduum Paschalnego Wielka Sobota wydaje się być taka mniej istotna. Wciśnięta między dramat Wielkiego Piątku a tryumf Nocy Paschalnej. Potrzebna, aby wyciszyć żałobę i naszykować Święto, pobłogosławić pokarmy, pomodlić się przed Grobem Pańskim. Więcej jest w niej rodzinnych obyczajów (pisanki, potrawy, spotkania) aniżeli faktycznej świadomości powagi tego dnia.

Trzeba nam więc może uświadomić sobie, że Wielka Sobota to niezwykły czas kosmicznego wytchnienia, ostatniego szabatu Starego Przymierza. Chrystus - Mesjasz spoczywa w grobie, odrzucony i wzgardzony przez ludzkość, która nie była gotowa, aby przyjąć Boga do swego nazbyt uporządkowanego życia. Apostołowie rozpierzchnięci, zgaszeni i smutni ukrywają się. Kobiety, choć obecne przy pogrzebie, pozostają posłuszne nakazom Prawa i również zostawiają ciało Jezusa, aby uszanować szabat. Świat ucicha i zamiera, bo wygląda na to, że wszystko się już skończyło. Jezus z Nazaretu odszedł. Pozostaje to, co było już dawniej - tradycja i pismo. I choć nie wystarczały one gorącym sercom Jego uczniów, to teraz tym mocniej zdaje się brzmieć nakaz, aby uczcić Dzień Pański. Może się wydawać, że Wielka Sobota pełna jest ciemności i smutku, pozbawiona jakby Bożej obecności, rozciągnięta między utraconą a odzyskaną Nadzieją. Tak przy tym cicha, że żadna z ewangelii nie opisuje, co dzieje się z tymi, którzy do niedawna nazywali Jezusa Panem swego życia. Ale przecież wiemy, że to jedynie odpoczynek, tak bardzo potrzebny, aby przygotować świat na Tajemnicę Zmartwychwstania. Bóg w swym dziele Zbawienia chce bowiem dać nam czas. Jest więc szabat, tak jak dawniej, odkąd tylko Bóg roztoczył swą opiekę nad człowiekiem.

Dla nas Wielka Sobota jest już tylko dniem przed Wielkanocą. Nie ma lęku, zwątpienia, rozdarcia, które przeżywali uczniowie, bo my JUŻ WIEMY, jakie jest zakończenie. Nadzieja, która została nam przywrócona, będzie trwać aż do końca czasów. A jednak każdego roku jest ta jedna, nasza osobista Pascha. Przejście do nowego życia, o krok dalej od ciemności, a bliżej Nieba. Szabat przed Zmartwychwstaniem to nasza ostatnia okazja do wytchnienia i przygotowania. Trzeba nam ją wykorzystać, abyśmy mogli w Niedzielny Poranek przybiec do grobu Pana i - jak Jego umiłowany uczeń - ujrzeć i uwierzyć.