Uroczystości, święta, wspomnienia

Wstyd (Trójcy Świętej)

refleksja na niedzielę Trójcy Świętej rok A
Andrzej Gołębiowski sdb

Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.

Najbardziej wstydzę się tego, że nie wstydzę się niczego. Obcowanie ze wszystkim bez żadnych zasad i barier jest dziś problemem nie tylko młodych. Wstyd w sobie można zabić lub zagłuszyć. Opanować do perfekcji, aby nie doskwierał w żadnej życiowej sytuacji. Wstyd przed samym sobą wywołuje czasem niechęć patrzenia w lustrzane odbicie, póki nie wzruszysz ramionami z pointą na dziś: No cóż, nic już na to nie poradzę.

Obserwując nasze zachowania, dochodzę do wniosku, że ludzie coraz częściej nie wstydzą się grzechu. Wstydzą się natomiast Pana Boga. Przechodząc obok kościoła, udają, że go tam w ogóle nie ma. Nie istnieje. Okazała budowla wzniesiona przed wiekami, niezauważalna oczami współczesnych. Inni rozglądają się na boki. Sprawdzają wnikliwie, czy aby w pobliżu nie ma nikogo ze znajomych. Upewniwszy się co do anonimowości, kreślą niewielki znak krzyża, trudno rozpoznawalny nawet dla super wierzących. Tylko nieliczni są dzisiaj prawdziwymi komandosami Pana Boga. Z podniesioną do góry głową malują na sobie znak Zbawienie, mówiąc wszem i wobec o swojej przynależności do Armii Boga. Jezus rzeczywiście mówił o ciężarze krzyża. Ciekawe, czy myślał też o tym czynionym na sobie, tak trudnym do wykonania?

Czy widziałeś kiedyś prawdziwych kibiców (nie chuliganów) wychodzących z dobrego meczu?
- Widziałeś, jak mu podał? Ale tam był spalony. No coś ty, przecież tamten stał przed nim. Nie, nie było. Ale świetna bramka... Tam go fajnie wypuścił...
Posłuchaj jak żyją w nich emocje i obrazy z boiska, których byli świadkami.

Czy widziałeś kiedyś ludzi, którzy wychodzą z kina z dobrego filmu?
- Ale go załatwił... No tak, bo on myślał, że jest z mafii. No nie on był policjantem... No właśnie go rozpracowywał od środka. To ta kobieta ich sypnęła... No właśnie ona była z ich bandy.
Posłuchaj, jak żyją obrazami, które przed kilkoma chwilami widziały ich oczy.

Czy widziałeś kiedyś ludzi, którzy wychodzą z pięknego koncertu muzycznego? Słyszałeś jak opowiadają o dźwiękach, które słyszały ich uszy. Kupowane płyty maja im przedłużać chwile zadumy i refleksji. Mówią o talencie wykonawców i urodzie ulubionych idoli.

Czy widziałeś kiedyś ludzi, którzy wychodzą z kościoła z niedzielnej Mszy Świętej? Słyszałeś, jak mówią o nudzie, smęceniu, fatalnej oprawie muzycznej, zmarnowanym czasie, bezsensownym kazaniu, długich ogłoszeniach... Dziwny paradoks. Nie tańczą z radości. Nie skaczą sobie w ramiona. Nie rozpiera ich euforia po spotkaniu Chrystusa. Nie przeżywają jak kibice, widzowie, słuchacze. A wychodzą z największego i najpiękniejszego misterium Chrystusa. Wstydzą się emocji. Wstydzą się Boga.

Zapytaj mnie wreszcie, dlaczego Ci to piszę na niedzielę Trójcy Świętej. Odpowiem: Tej prawdy nie da się zrozumieć. Nią trzeba żyć. Zapamiętaj tylko jedno zdanie: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Jedynego Syna. Życie wieczne będzie miał tylko ten, kto w Niego uwierzy. Bądź nim Ty.

P.S.
Przepraszam, jeśli w niedzielę przed Twoim kościołem ktoś nagle w euforii rzuci ci się w ramiona. Prawdopodobnie będę to ja!

Być apostołem (uroczystość Piotra i Pawła)

refleksja na uroczystość Piotra i Pawła
Przemysław Solarski sdb

Piotr i Paweł mają ze sobą wspólne pragnienie - iść za Jezusem. Paweł - ów poroniony płód - biegnie do wyznaczonej przez Pana mety. Piotr - człowiek grzeszny - kroczy za Nauczycielem.

Nie sposób być w Rzymie i nie natknąć się na ślady dwóch pierwszoplanowych apostołów. Począwszy od potężnej i bogatej bazyliki św. Piotra, obecnej siedziby papieża, aż po piękną i surową bazylikę św. Pawła, już za starożytnymi murami miasta, spacerując, napotyka się co krok na miejsce upamiętniające obecność któregoś z uczniów Jezusa. Na Zatybrzu jest miejsce śmierci Piotra. Tuż przy Forum Romanum przebywali w ciasnym więzieniu obydwaj świadkowie Zmartwychwstałego. Nieopodal katakumb św. Kaliksta odwiedzić można kościółek Quo vadis, gdzie Chrystus miał spotkać uciekającego z Rzymu Piotra. To tylko kilka przykładów spośród wielu. Rzym jest miastem, które oparło się już nie tylko na siedmiu pagórkach, ale przede wszystkim na fundamencie wiary apostołów Piotra i Pawła. Warto wybrać się do Wiecznego Miasta, aby zaczerpnąć ducha apostolskiego i odświeżyć sobie podstawy chrześcijańskiej wiary.

Piotr i Paweł stanowią prawdziwe bogactwo Kościoła, które wciąż można odkrywać. Obydwaj prezentują zupełnie różne typy osobowości, odmienne życiorysy, inne drogi wiary i nawrócenia. Nawet ich śmierć była różna. Chyba jedyne, co ich tak naprawdę łączy, to Chrystus. Właśnie dlatego są oni dla nas bezcenni. Różnorodność członków Kościoła nie jest problemem, jeśli wszystkich jednoczy Pan.

Piotr był prosty w swej wierze, Paweł otrzymał solidne wykształcenie religijne. Piotr nawracał się długo, zaliczając po drodze zdradę i nie pojmując od razu sensu Jezusowego nauczania. Paweł przeżył spektakularne nawrócenie i wziął się do ewangelizacyjnej roboty z gorliwością równą tej, z jaką prześladował ongiś uczniów Pańskich. Piotr starał się przede wszystkim zafascynować Mesjaszem swoich rodaków. Paweł śnił o zdobyciu pogańskiego świata dla Chrystusa. Piotr to typ ostrożny i stateczny, choć nie brak mu odwagi i otwartości. Pawła można określić jako szaleńca słusznej sprawy i inteligentnego ryzykanta, któremu jednak nie brak autorefleksji i roztropności.

Piotr i Paweł mają ze sobą wspólne pragnienie - iść za Jezusem. Paweł - ów poroniony płód - biegnie do wyznaczonej przez Pana mety. Piotr - człowiek grzeszny - kroczy za Nauczycielem. Choć świadomi swojej słabości i braków, bez kompleksów jednak mówią o sobie: z woli Boga jestem apostołem Chrystusa. Pokora i godność, wiara i miłość, jasno wyznaczony cel i bezkompromisowa konsekwencja w realizacji wybranej drogi życia - wszystko to tworzy ich tożsamość pierwszoplanowych uczniów Mistrza. Wiedzieli, co jest ich głównym motywem życia: wiara w Syna Bożego. Postawili sobie konkretny cel do osiągnięcia: ogłosić innym wieść o Jezusie Zbawicielu. Poradzili sobie z realizacją planów i nadali całemu ich życiu sens: pozostali wierni do końca, zapłacili nawet cenę krwi. Mają prawo być fundamentem Kościoła, na którym inni mogą się oprzeć w swojej drodze wiary, powołania, życia.

Nasza wiara jest budowana na fundamencie wiary apostołów. Nasz Kościół jest apostolski. Nasze powołanie chrześcijańskie jest apostolskie. Co to znaczy dla ciebie? To znaczy: "weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii mocą Bożą!". Pokaż swoim życiem, że postępujesz tak, jak nauczał Chrystus i Jego apostołowie. Uznaj wszystko za mniej ważne (to nie znaczy nieważne!) niż poznanie Chrystusa i życie w jedności z Nim. Nie oddzielaj wiary i modlitwy od codzienności, ale żyj tym, w co uwierzyłeś - to wskazuje na duchowe i psychiczne zdrowie. Prowadź się wreszcie tak, żebyś kiedyś zasiadł w niebiańskim towarzystwie jako umiłowane dziecko Boga i dziedzic rajskich bogactw. Nie trzeba być nie wiadomo kim. Trzeba natomiast wiedzieć, kim się jest. I kim ostatecznie chce się być. Paweł i Piotr wiedzieli. Dziś ich dwa olbrzymie posągi przed wejściem do watykańskiej bazyliki uświadamiają nam sens bycia uczniem Jezusa - bycia dla innych drogowskazem do nieba. To właśnie oznacza być apostołem.

Błogosławieni (Wszystkich Świętych)

refleksja na uroczystość Wszystkich Świętych
ks. Jan

Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni...

Błogosławieństwa wypowiedziane przez Jezusa podczas tzw. Kazania na górze od starożytności były uważane za niezwykle istotne wskazania na drodze do osiągnięcia chrześcijańskiej doskonałości. Warto pomyśleć, że już w VIII wieku ten fragment Ewangelii był odczytywany w Uroczystość Wszystkich Świętych. I tak przez stulecia, aż po dzień dzisiejszy kolejni chrześcijanie zapraszani są do uczestnictwa w Bożym błogosławieństwie.

Muszę przyznać, że ze spuszczoną głową wsłuchuję się w te słowa Ewangelii. Prawdziwy rachunek sumienia: czy rzeczywiście jestem sprawiedliwy, pokorny, cichy, miłosierny, czysty sercem.... Z drugiej strony Ewangelia ta, w kontekście celebrowanej uroczystości, wzbudza we mnie głęboką tęsknotę za Bożym błogosławieństwem. Chcę być błogosławionym, czyli obdarowanym przez Boga i zdolnym do pełnienia dobrych czynów, do owocowania miłością. Takie jest bowiem znaczenie błogosławieństwa, które nie może być pojmowane tylko w kategoriach przysłowiowego szczęścia. Szkoda tylko, że dzisiaj ludzie bardziej chcą być szczęśliwymi niż błogosławionymi. W przeciwieństwie do popularnie pojmowanego szczęścia, które może być przeżywane indywidualnie, błogosławieństwo zakłada relację z drugą osobą. Trzeba bowiem być błogosławieństwem dla drugiego człowieka, swoich rodziców, rodzeństwa, kolegów, aby im z nami było dobrze. Julian Tuwim, nazwie to drugim szczęściem. "Dwa szczęścia są na świecie, jedno małe - być szczęśliwym, drugie - uszczęśliwiać innych".

Spieszę jeszcze wyjaśnić sformułowanie, którego przez wiele lat nie mogłem zrozumieć. Mianowicie, Jezus w pierwszym błogosławieństwie mówi o ludziach ubogich duchem. Czy to znaczy, że z nimi mam się utożsamiać? Oni mają być przykładem do naśladowania? Semickie "‘Anawim ruach" to ludzie o "sercach złamanych", ludzie "zgnębieni na duchu", którzy w swojej bezsilności Boga proszą o pomoc.

W Uroczystość Wszystkich Świętych modlę się za was wszystkich, odwiedzających ten portal, abyście byli Błogosławieni.

 

Tam jest dobrze (2 listopada)

refleksja na wspomnienie wiernych zmarłych
Łukasz Głowacki

Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (Ewangelia wg św. Jana)

W drugim dniu listopada przypominam sobie ostatnio 2 kwietnia 2005 roku. I te wszystkie dni, które większość z nas zapamiętała jako czas odchodzenia Jana Pawła II.

Dla wielu, szczególnie młodych ludzi, była to okazja do pełnego emocji powiedzenia sobie i innym, że kochali papieża-Polaka. Były deklaracje, miliony zapalonych świateł, wzruszające tłumne modlitwy, nastrój pojednania. Słowem - kolejny cud nad Wisłą.

Tamte dni były również doskonałą okazją do zastanowienia się nad śmiercią. Zaliczam się do ludzi, którzy przeszli wtedy przyspieszone rekolekcje. Minęło ledwie kilka dni od śmierci jednej z bliskich mi osób. I tak jak niewiasty z Ewangelii, szukałem jej wśród umarłych. Chodziłem przestraszony, smutny, nie mogąc oczywiście pogodzić się z tym, że na pewno nie powiedziałem słów, które powinienem był przed pożegnaniem powiedzieć. Nie martwiłem się o osobę zmarłą, ale o siebie, w jakiś sposób osieroconego.

Tymczasem odchodzenie Jana Pawła II sprawiło, że emocje przeniosły się w inny świat. Wzmocniło nadzieję, że Tam naszym bliskim zmarłym jest dobrze. Że skoro wkrótce będzie Tam również nasz ukochany papież, nikt w jego pełnym empatii towarzystwie nie będzie się czuł samotny.

Oczywiście to były emocje, rozczulanie się...

Ale kiedy w dowód naszej pamięci przychodzimy pomodlić się przy grobie bliskich zmarłych, wcale nie musimy tych emocji ukrywać. Nie muszą pozostawać zaklęte jedynie w dziesiątkach zapalonych zniczy, pięknie ułożonych kwiatach i znaczącym milczeniu na grobem. Mogą przechadzać się wzdłuż straganów z lampkami, obwarzankami, pistoletami na kapiszony (są jeszcze w sprzedaży?) i kwiatami. Mogą pojawiać się w rozmowach z tymi, których spotykamy być może tylko raz w roku, bo łączą nas jedynie leżące blisko siebie groby. Mogą rozwinąć się w modlitwach w intencji tych, którzy odeszli wcześniej niż my.

Mogą wreszcie zamienić się w uśmiech radości ze spotkania (w drodze na cmentarz lub z cmentarza) kogoś, kogo już dawno nie widzieliśmy. Bo ten uśmiech wiele zmienia. A jeśli dodatkowo na pytanie o to, co słychać, nie odpowiemy najczęstszego "jakoś leci", ale "ostatnio udało mi się..." - to znak, że rekolekcje z 2 kwietnia 2005 nie rozmyły się razem z emocjami, które nam wtedy towarzyszyły.

Dzień Zaduszny

refleksja na wspomnienie wiernych zmarłych
ks. Jan

Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? (List do Rzymian)

Z początkiem listopada cmentarze stają się wyjątkowo piękne, i to nie tylko barwą kwiatów i światełkami lampek, ale przede wszystkim klimatem modlitewnej zadumy i powagą serdecznych wspomnień tych, co odeszli.

Dzień Zaduszny to szczególne przeżywanie tajemnicy świętych obcowania. My, żyjący, upraszamy u Boga miłosierdzie naszym drogim zmarłych, a oni wyjednują nam u Boga łaskę świętego życia. Taka "święta wymiana" darów duchowych. To tak, jakbyśmy chcieli naszych zmarłych "podsadzić" na naszych barkach do nieba, a oni próbowali trzymać nas za ręce i ciągnąć ku temu co Boże, niebiańskie, nadprzyrodzone.

Za każdym nazwiskiem i datą życia na nagrobku kryją się niezbadane tajemnice ludzkich losów, przeplatanych sobą radości i smutków, nadziei i rozczarowań, zwycięstw i porażek.

Straty i rozłąki są bolesne, i na ogół niezrozumiałe: dlaczego właśnie on, dlaczego teraz, dlaczego...

Pytań może być wiele, nie na wszystkie dzisiaj znajdziemy odpowiedź. Najważniejsze, że dusze tych, co odeszli, są w ręku Boga. Zaduszki to dzień pamięci o zmarłych i zarazem dzień wdzięczności Stwórcy za ich istnienie. Dziękujemy Bogu za to, że byli częścią naszego życia, tworzyli naszą historię, doświadczaliśmy ich dobroci i sympatii.

Za czasów mojej formacji seminaryjnej w tradycji salezjańskiej było nawiedzanie w ostatni dzień miesiąca pobliskiego cmentarza. Była to okazja do modlitwy za zmarłych współbraci, ale przede wszystkim ta praktyka służyła formacji duchowej. Cmentarz uczy bowiem życia. Zmarli nadal do nas mówią. Dzień Zaduszny, jak każde nawiedzenie cmentarza, posiada coś z odwiedzenia biura podróży i planowania w przyszłości swojego wyjazdu. Znamy już miejsce docelowe, pod znakiem zapytania pozostaje tylko termin.

Warto zatem mieć wszystko spakowane i przygotowane na tę najważniejszą po przyjściu na świat, drugą już, podróż swojego życia, tym razem do życia wiecznego.

 

Matka kościołów (Bazyliki św. Jana na Lateranie)

refleksja na święta poświęcenia Bazyliki św. Jana na Lateranie
ks. Jan

Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście.

Obchodzone dzisiejszej niedzieli święto poświęcenia "matki i głowy wszystkich kościołów Miasta i Świata", jak nazywa się Bazylikę świętego Jana na Lateranie, oraz teksty biblijnych czytań mszalnych koncentrują naszą uwagę na kościele. Znaczenie tego słowa jest wieloznaczne. Kościół to wspólnota wszystkich ochrzczonych, ci żyjący i umarli, święci i grzesznicy, którzy przyznają się do Jezusa. Pomyśleć tylko, w jak ciekawym towarzystwie przyszło mi żyć, a jak cudowne perspektywy są przede mną. Inny wymiar Kościoła ukazany jest przez świętego Pawła w Liście do Koryntian. Apostoł przypomina, że "każdy z nas jest świątynią Boga i że Duch Boży w nas mieszka".

Rzeczywiście, to, co dokonało się na chrzcie świętym, przerasta wszelkie pojęcie. Dzięki łasce sakramentalnej żyje w nas Duch Święty, który uzdalnia nas do modlitwy, ofiary i miłości. To nie znaczy jednak, że nie potrzebujemy naszych kościołów parafialnych jako miejsca kultu. Wszak sam Jezus systematycznie, zgodnie ze starotestamentalnym prawem, uczęszczał do Świątyni Jerozolimskiej i uczestniczył w modlitwach synagogalnych. Jezus, Syn Boży, naprawdę był Żydem praktykującym!

Dzisiejszego dnia musi pojawić się także pytanie o moją zażyłość z kościołem parafialnym. Jaka jest moja odpowiedzialność i troska o ten budynek? Na ile on jest dla mnie domem wzrostu w wierze i miejscem spotkania się z Bogiem. Jakże rzewny i wymowny jest obraz utrwalony na fotografiach ukazujący rozmodlonego papieża Jana Pawła II klęczącego w głębokiej zadumie przy chrzcielnicy w swoim parafialnym kościele w Wadowicach. Czy kocham to miejsce, gdzie byłem chrzczony, przyjmowałem Pierwszą Komunię Świętą, w sakramencie pokuty odzyskuję czystość serca?

Po dziś dzień trwa nie utulony płacz tysięcy pobożnych Żydów, którzy pochyleni przy murze płaczu w Jerozolimie wspominają swoją Świątynię, która nigdy nie zostanie odbudowana.

Spójrzmy na Jezusa w dzisiejszej Ewangelii, z jaką determinacją "walczy" o świętość i czystość kultu w Świątyni Jerozolimskiej. O ileż bardziej jest On jednak zatroskany o czystość serc naszych.

Z życia warszawskiej kancelarii parafialnej:
Interesantka: - Poproszę o zaświadczenie, abym mogła być matką chrzestną.
Proboszcz: - Uczestniczy pani w niedzielnej Eucharystii?
I: - Nie, ale modlę się w lesie.
P: - To niech pani zgłosi się po zaświadczenie do leśniczego.