nr 40/2011
Agata Puścikowska

Oszlifowana

Dodano: 27 listopad 2011 r.

O powrocie do śpiewania, dojrzewaniu do zwyczajnej miłości i poszukiwaniu Boga z Moniką Kuszyńską rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Jesteśmy na festynie dla osób niepełnosprawnych. Zaraz wchodzi Pani na scenę, żeby zaśpiewać dla publiczności, która – tak jak Pani – wiele przeszła. To z poczucia misji: „śpiewam, żeby pomóc, dać świadectwo”?

Monika Kuszyńska: – Śpiewam, bo to moja pasja. Robię to, co robiłam wcześniej. Ale ponieważ moje życie, ze względu na wypadek, zmieniło się – obecnie śpiewam również dla osób niepełnosprawnych. Jeśli moja postawa komuś pomoże, pozwoli uwierzyć w siebie, to świetnie. Dostaję sporo ciepłych listów, w których osoby niepełnosprawne dziękują. I piszą, że z perspektywy wózka trudno jest uwierzyć, że tak naprawdę nic nas nie ogranicza...

Wózek chyba jednak ogranicza. Udogodnienia dla niepełnosprawnych to w Polsce nadal temat wyboisty...

– To prawda. Ale z tego rodzaju utrudnieniami jestem w stanie sobie poradzić. Jeśli nie sama, to przecież wokół mnie są ludzie. Gorzej z utrudnieniami, które tkwią głęboko we mnie. Jeśli je pokonam, naprawdę mogę wiele zyskać. Myślę też, że moja postawa jest potrzebna nie tylko niepełnosprawnym, ale i zdrowym. Jestem trochę jak ogniwo łączące dwa światy: pełnosprawnych, w którym żyłam tak długo, i niepełnosprawnych, który poznaję od kilku lat. Te światy są, niestety, daleko od siebie.

Boją się siebie?

– Niepełnosprawni boją się zranienia. A pełnosprawni często boją się, bo są przesądni. To przedziwne, ale boją się, że się zarażą! Ale tym bardziej trzeba wychodzić z „kagankiem oświaty”. Ostatecznie jeśli nigdy w życiu nie poznało się nikogo na wózku, to może wywoływać to strach. Czasem jest też tak, że ktoś boi się podejść, porozmawiać, z przesadnej jakiejś delikatności. Żeby nie urazić.

A w Pani przypadku może jest to również skrępowanie przed kontaktem z gwiazdą.

– Być może. Bo rzeczywiście jestem dziwakiem (śmiech). Nie dość, że popularna, co zazwyczaj onieśmiela, to w dodatku na wózku. Tego jeszcze nie było. Dość ciekawe zjawisko do obserwacji.

Do obserwacji mogłoby też być zjawisko „nie poddam się, wrócę na scenę”... Łatwo zapewne nie było.

– Oczywiście miałam momenty załamania, lęku przed wyjściem z domu, działaniem. Mój powrót na scenę długo wisiał na włosku. Uświadomiłam sobie jednak, że strach był w mojej głowie. Że jeśli siedzę w domu i myślę, że świat jest nie dla mnie, że nie dam rady, to czuję się coraz gorzej. I sama buduję barierę.

Może tu barierę zbudowała też zraniona kobiecość. Piękna kobieta nagle musi zaśpiewać, siedząc na wózku...

– Pewnie trochę tak. Od nowa musiałam się nauczyć nie tylko śpiewać, inaczej pracować przeponą, ale i dbać o siebie. Doświadczyć, zrozumieć, że kobiecość nie ma wiele wspólnego z idealnie zdrowym ciałem.

To wymaga siły...

– Do podjęcia osobistej decyzji. Zrobiłam bilans zysków i strat. Co mi przyjdzie z tego, że zamknę się w domu? Może poczuję się i bezpieczniej, ale nie zrobię tak wielu ważnych rzeczy. A co się stanie, gdy z domu wyjdę? Zaryzykuję, narażę się na nieprzyjemne sytuacje. Ale mogę zyskać. Tyle że przecież ryzyko istnieje zawsze. Ludzie są różni i czasem ranią zupełnie bez przyczyny. Jak byłam zdrową dziewczyną, to ile „sympatycznych” komentarzy naczytałam się na swój temat? I tylko dlatego, że może komuś nie podobała się moja muzyka. Po wypadku, po zmaganiach z samą sobą, stwierdziłam, że życie jest zbyt krótkie, żeby siedzieć w domu i rozpamiętywać. Czas, który mamy, jest naprawdę ograniczony. Nie chcę go marnować. Wyjście do świata i ludzi, praca, która jest dla mnie pasją – po prostu bardziej się opłacają. Podjęłam decyzję o powrocie.

Reklama
Jeśli chcesz dodać opinię jako stały użytkownik, musisz być zalogowany.

Dodaj nową odpowiedź

Obrazek bezpieczeństwa
Image CAPTCHA