Dorota Rudzińska

Raport z dżungli. Gringi w Amazonii

Dodano: 2 kwiecień 2012 r.

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym, chcesz więcej i więcej. Tak, bardzo mi żal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli.

27 lutego
Lawina błotna, czyli nie lubię poniedziałku

Poranek w autobusie do Tarapoto. Gdzieś w górach. Stoimy i czekamy. Nieobudzone komórki w mózgu nie pozwalają mi odpowiedzieć na pytanie, na co właściwe czekamy. Spływająca z góry woda przecięła drogę i nie możemy przejechać. Wygląda, jakby niewielka rzeka znalazła ujście w niewłaściwym miejscu, bo przez środek drogi.

Dziewczynka siedząca obok spogląda przez okno i krzyczy: „Mami, mami, mucha aqua, mucha aqua, no se puede pasar” (Mamo, mamo, dużo wody, dużo wody, nie da się przejechać). Widoki rekompensują czas stracony na bezczynne czekanie. Obrośnięte grubym zielonym płaszczem góry, szerokie piaskowe skarpy porozcinane wzdłuż przez erozje, drzewa w rożnych odcieniach zieleni, mające tyle liści, że trudno dostrzec gałęzie. Deszczowe krople stukają o dach autobusu, a nad górami unoszą się gęste chmury porannej mgły. A my stoimy i czekamy. Problem w tym, że możemy tak stać i dwa dni.

Przed nami zjechała z góry ciężarówka. Nadzieja. Nasz odważny kierowca, znudzony bezczynnością, poszedł w jej ślady. Wyminął stojący przed nami samochód i ruszył pod górę, zanurzając koła w brązowej, płynącej wartkim strumieniem po jednej stronie ulicy, wodzie. Odetchnęliśmy z ulgą. Jedziemy dalej.

Za dwoma zakrętami kolejna przeszkoda – spływające z góry grząskie błoto o kolorze kawy z mlekiem. Po kilku bliżej nieokreślonych manewrach i zaparkowaniu w bezpiecznym miejscu, stoimy dalej. Żółta spycharka próbuje opanować sytuację i oczyścić drogę z lawiny błotnej. A my, wpatrzeni w deszcz, czekamy. Stoimy i czekamy.

Autobus dojechał do Tarapoto z dziesięciogodzinnym opóźnieniem. Około 6 godzin spędziłyśmy, wpatrując się w ciężarówkę wywożącą falujące błoto. Jeździła z góry na dół, a dwa spychacze – duży i w wersji mini – dostarczały jej co chwila nowego materiału błotnego. W międzyczasie zajmowałyśmy się zdobywaniem jedzenia dowożonego przez panią z sąsiedniej wioski. Najpierw udało nam się kupić inkę colę (peruwiańską wersja coca-coli o kolorze żółtej oranżady) i waniliowe markizy. Później zdobyłyśmy nawet krakersy, wodę, trzydniowe bułki i jajka na twardo. Ponieważ nie byliśmy jedynym autobusem, który utkwił na górskim zakręcie, pani z jajkami zrobiła tego dnia niezły interes.

Tagi: świat
Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA