Dorota Rudzińska

Raport z dżungli. Gringi w Amazonii

Dodano: 2 kwiecień 2012 r.

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym, chcesz więcej i więcej. Tak, bardzo mi żal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli.

...ciąg dalszy
4 marca
Big Brother w dżungli

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym, chcesz więcej i więcej.

Na początku bałam się wejść na łódkę. Wydawała się wywrotna, niestabilna i w dodatku trzeba było na nią wsiąść prosto z pomostu, stąpając po cienkim czubie. To jedna z tych długich łódek przypominających trochę weneckie gondole, tyle że z silnikiem motorowym. Później było już mi wszystko jedno. Usiadłam nawet na samym czubie. Wszystko po to, żeby jak najlepiej chłonąć te cudowne widoki mijane po drodze.

Płynęliśmy ekipą polsko-peruwiańską. Nadworny sternik parafialny ze swoją rodziną, ja, Ania i Sylwia. Najpierw przecięliśmy ołowianą Marañon wzdłuż brzegu San Lorenzo. Potem wpłynęliśmy na wody o innym zabarwieniu, coś pomiędzy ciemnozielonym a granatowym. Był to dużo węższy dopływ Marañon, który poprowadził nas w głąb dżungli.

Na brzeg wyszliśmy w wiosce Santa Rosa. Tam nasz przewodnik zaprosił nas do lokalnej wiejskiej „knajpki” na... masato. Masato to słynny napój Amazonii i postrach turystów. Robią go kobiety, które przeżuwają liście juki i wypluwają przeżutą zawartość do naczynia. Dzięki temu wstępny proces fermentacji masato ma już za sobą i szybko dojrzewają w nim procenty. Dzięki Bogu nie musiałam oglądać tego procesu. Wystarczył mi widok gotowego budyniowo-zielonkawego koktajlu w plastikowej miseczce. Sylwia, jako tutejsza, wypiła bez wahania całą miseczkę. Ja zdobyłam się na dwa łyki. To i tak wielki wyczyn, zważywszy na obecność obserwatorów, czyli kobiet, dzieci i kilku mężczyzn z twarzami wpatrzonymi w trzy gringi wizytujące ich wioskę. Nie wypadało przecież zrobić żadnej skwaszonej miny po zasmakowaniu tego amazońskiego wynalazku. A – uwierzcie mi – wiedząc, co musiały przeżyć liście juki, żeby ostatecznie uzyskać taką konsystencję, nie było to łatwe. Na szczęście nasz sternik zaproponował nam obejrzenie papugi i tym samym uwolnił nas od wpatrzonych w nasze twarze indiańskich oczu.

Dalszą drogę przebyliśmy rzecznym labiryntem. Przebijając się przez wąskie przesmyki, gdzie robiło się ciemniej i trzeba było schylać głowę pod gałęziami i linami, dotarliśmy do wioski San Juan. Tam zastaliśmy mieszkańców debatujących w kaplicy nad zorganizowaniem wielkanocnej fiesty. Oczywiście nie mogło przy tej rozmowie zabraknąć masato. Wioskowy animator (rangą przypominający sołtysa) – w tym wypadku śmieszny pan ze złotą koronką na przednim zębie – czuł się w obowiązku zabawiać nas jako gości. Mówił na przykład, że zawsze go to zastanawia, jak to możliwe, że w Polsce wszyscy są biali? Ja w tym samym momencie zastanawiałam się, co ja robię wśród Indian, ale wszystkim widać udzielała się międzykulturowa atmosfera.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o jezioro Aripari i wróciliśmy do San Lorenzo. Popołudnie spędziłyśmy już na stałym gruncie, w przytulnym domku misji salezjańskiej. Ale dżungla nie dała o sobie zapomnieć. Przyszła pora na deszcz, która był dla nas takim zjawiskiem, że wmurowało nas w chodnik. Stałyśmy i patrzyłyśmy jak zaczarowane.

Deszcz równikowy. Jego nadejście zwiastuje jedynie upiorny upał, który parę godzin przed daje się we znaki tak, że czujesz się jak uwięziony w środku wielkiego parowaru. Polskie „oberwanie chmury” to nic w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy zaczyna padać w selwie. W ciągu 3 sekund deszcz przeradza się w lejącą się z nieba ścianę wody. Deszczu jest tak dużo, że wszystko momentalnie robi się szare. Wysokie i potężne palmy pod wpływem naporu wody i podmuchów wiatru wyginają się jak cieniutkie chorągiewki. A domy z dachami ze strzechy, wyglądające jak w bajce „Trzy świnki”, jak stały, tak stoją. Dżungla naprawdę kryje w sobie wiele tajemnic.

Tagi: świat
Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA