Dorota Rudzińska

Raport z dżungli. Gringi w Amazonii

Dodano: 2 kwiecień 2012 r.

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym, chcesz więcej i więcej. Tak, bardzo mi żal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli.

...ciąg dalszy
7 marca
Góralu, czy ci nie żal

Jeszcze nie zdążyłam do końca uwierzyć w to, że naprawdę jestem w dżungli, a już trzeba odpływać. Przypomina mi się śpiewana przez lokalnego indiańskiego grajka-organistę pieśń wielkopostna na melodię „Góralu, czy ci nie żal, góralu wracaj do hal...” Tak, bardzo mi żal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli. Nie wiem, czy przez to, że tak bardzo różni się od pustynnego Piura. Czy może dlatego, że życie toczy się w niej spóźnione o kilka rewolucji technologicznych. Czy może dlatego, że pozostała jeszcze dzika, nieodkryta, niedostępna dla przeciętnego przybysza, kryjąca w sobie wiele tajemnic, a przez to jeszcze bardziej fascynująca? Czy może dlatego, że jest w niej jeszcze tyle do zrobienia, a jej mieszkańcy rzeczywiście potrzebują pomocy?

Od wczoraj płyniemy lanchą do Yurimaguas. Lancha to statek, który przypomina raczej wielki zardzewiały kuter rybacki. Na lanchy można znaleźć wszystko. Pod pokładem towary przemysłowe, o istnieniu których lepiej nie wiedzieć (na przykład wczoraj przed odpłynięciem robotnicy wyciągali z niej tony ciężkich metalowych 3-metrowych prętów). Na górnym pokładzie ludzie ze swoimi bagażami i rozwieszonymi hamakami.

Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Peruwiańczycy rzadko podróżują sami. I tak na przykład pewien pan w średnim wieku załadował się na lanchę razem z dwoma synami i trzema indykami związanymi za pazury. Młode małżeństwo – jako maskotkę dla rocznego dziecka – zabrało ze sobą na pokład małą czarną małpę. Ktoś wziął w podróż papugę, ktoś inny całą gałąź bananów lub kosz innych owoców, jeszcze ktoś magnetofon, żeby broń Boże nie rozstawać się z muzyką. Wszystko po to, by umilić sobie i innym pasażerom podróż.

Lancha na te 24 godziny rejsu zamienia się w statek towarowy, przedszkole, zoo i dom wypoczynkowy w jednym. Dla przybysza z Europy podróż takim statkiem to niezapomniane przeżycie. Samo spędzenie tylu godzin w hamaku to nie lada wyczyn. W hamaku jesz, śpisz, odpoczywasz, czytasz książkę, piszesz, słuchasz muzyki. Z hamaka patrzysz na rzekę, biegające po pokładzie dzieci, karmiące piersią matki, na skrzeczącą papugę i zajadającą się bananami małpę. Hamak to twój bujany fotel, łóżko, biurko, jadalnia, sypialnia i salon w jednym. Może być jedynym schronieniem przed wlepionymi w twoją białą twarz oczami indiańskiej dziewczynki. Albo zamienić się w przytulny, chociaż trochę niewygodny, kokon na czas zimnej i deszczowej nocy na rzece.

Hamak to twój najlepszy przyjaciel na lanchy. Chyba że masz kogoś takiego jak Ania, kto nie tylko opanował umiejętność ekspresowego obierania pomarańczy bez noża, ale jest też Aniołem Stróżem, mamą, siostrą, bratnią duszą, powierniczką i towarzyszką w jednym. Wtedy hamak to tylko kolorowy dodatek.

Dorota Rudzińska
Luty-marzec 2012
Peru, Puszcza Amazońska

Dorota Rudzińska i Anna Jałoszewska pracują w Peru jako wolontariuszki Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco. Wyjechały na misje w 2011 roku z ramienia Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie.

Tagi: świat
Reklama

Dodaj nową odpowiedź

Image CAPTCHA