26. Bodajś cudze dzieci uczył

Ks. Tymoteusz

Gdy przyglądam się nauczycielom,
to wydaje mi się,
że dosięgnęło ich to życzenie.
To straszna robota
- uczyć czyjeś dzieci.

Grzesiek,
skąd Ci przyszło do głowy
takie przekonanie?
Jestem zupełnie innego zdania.

Zawsze będę twierdził,
że nauczyciel
to nie tylko zawód,
to powołanie.
Kto by wytrzymał w takiej pracy
za marne wynagrodzenie?
Podziwiam nauczycieli.
To przecież każdy z nich
mówi setki razy dziennie:
Proszę o spokój!
A oni i tak swoje.

Jakie to trzeba mieć oczy,
aby poprawić tysiące błędów,
a samemu nie robić błędów.
Jakie trzeba mieć grube nerwy,
aby nie puściły,
a jeszcze bez względu
na moje zgryzoty,
trzeba się do dzieci uśmiechać,
być miłym,
bo dzieci mają do tego prawo.

Gdy przeżywam wizyty w szkole,
to grzeczni dyrektorzy
przy powitaniu mówią mi,
że w naszej kadrze jest
tylu doktorów, tylu magistrów,
taki jest poziom nauczycieli,
a wszyscy po psychologii, pedagogice.
Ja zaś czekam, czy pan dyrektor
powie mi,
że jest tu jeden nauczyciel,
który kocha dzieci.

Spostrzegam wśród dzieci
biedę, nikt ich nie kocha,
wszyscy krzyczą:
w domu, w kościele, w szkole.

Ja też pamiętam.
Jeśli pani nie zauważyła, że jestem,
jeśli nie postawiła piątki,
jeśli nie przytuliła,
to był zmarnowany, kiepski dzień.

Jeszcze coś.
U nas na wsi,
tylko jedna była pani.
To nasza pani.
Tylko nauczycielka była pani.
Czy kiedyś to przekonanie wróci?

Wszyscy płaczą, że nauczyciele
nie mają autorytetu.
Nie dziwcie się.
Przeszło 50 lat na to pracowaliśmy.
Pani mówiła inaczej,
ksiądz mówił inaczej,
a w domu mówili jeszcze inaczej.

Przy takim roztrojeniu,
mógł urosnąć człowiek
z sumieniem, z charakterem?
Nie!
Ja to widzę w zachowaniach
nas, Polaków.

Patrzę na moich nauczycieli.
To oni rośli w trudnych czasach.
Oni nie mieli religii.
Cóż ja od nich mogę wymagać?
Jest wśród nich wielu mądrych,
szlachetnych, dobrych pedagogów.

Ale ja wciąż uciekam myślą
do tych moich,
bo mi byli i matką, i ojcem.
Do szkoły mojej Alma Mater
- mojej Matki Karmicielki.

Nie ma już mojej szkoły.
Odeszła razem z nami.
Dziś jest tam piękna szkoła
z komputerami, z salą gimnastyczną,
a ja, gdy wchodzę do mojej szkoły,
klękam i próg całuję,
patrzę na krzyż,
na dzieci, które się uśmiechają
i nie poznaję, czy to są z mojej wsi,
czy z dużego miasta?

Wiesz, Grzesiek, dlaczego tak jest?
Bo szkoła stoi osobowością nauczyciela.
Nie będzie reformy w edukacji,
jeśli nie zrobią tego nauczyciele.

Gdybym tak miał
siłaczkę,
nauczyciela z tajnych kompletów,
i prefekta ks. Wojtka,
to bym odmienił oblicze szkoły.
Szkoła byłaby
radosna, przyjazna i kochana.

A do nauczycieli przyjdą kiedyś
dzieciaki, co dobrze urosną
i powiedzą:
Dziękuję, że Pani była moją Panią.

Tak, Grześku.